Enjoy!
____________________________________________________________________
Byli
źli. Albo smutni. A może źli i smutni? W każdym bądź razie
musiałam coś z tym zrobić. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Bo to
była moja wina. Za wszystko odpowiedzialna byłam właśnie ja.
Gdy
przekroczyliśmy próg mieszkania, szybko ściągnęłam buty w
korytarzu i poszłam do kuchni. Wygrzebałam w pudełku z lekarstwami
śliczny plaster w Kubusia Puchatka i wodę utlenioną. Nakazałam
chłopakom iść do mojego pokoju, a sama wstąpiłam jeszcze do
łazienki po paczkę chusteczek. Wiedząc, że Tamiko już dawno śpi
próbowałam zachowywać się jak najciszej, ale nie obeszło się
bez przypadkowego trzaśnięcia drzwiami. Wyzwałam sama siebie w
myślach i szybkim krokiem ruszyłam do mojego pokoju, chcąc mieć
to wszystko już za sobą.
Lysander
leżał na łóżku, a Kastiel siedział obok niego po turecku. Oboje
bawili się komórkami. Głośno westchnęłam. Wdrapałam się do
nich i usiadłam naprzeciwko Kasa w tej samej pozycji co on. Drżącymi
rękami wyciągnęłam jedną chusteczkę z opakowania i zmoczyłam
ją wodą utlenioną. Czerwonowłosy przyglądał się moim
poczynaniom, ale o dziwo nie protestował, gdy zaczęłam delikatnie
wycierać już zaschniętą krew na jego łuku brwiowym. Przykleiłam
plaster na ranę, a kąciki ust same lekko powędrowały ku górze.
Widząc poważne miny chłopaków, uśmiech od razu zszedł z mojej
twarzy.
-
Słuchajcie… – Przerwałam na chwilę, by zebrać myśli.
Wypuściłam głośno powietrze z płuc i tarmosząc opakowanie
chusteczek, ponowiłam próbę wypowiedzi: - Ad powiedziała mi co
wydarzyło się między wami a Jasperem. Strasznie was za niego
przepraszam! No ale w głowie mi się nie mieści, jak możecie
wierzyć w głupoty jakie opowiada. Sama potrafię decydować z kim
mam się przyjaźnić, a jemu nic do tego, więc przestańcie się
dąsać, bo dobrze wiecie, że jesteście dla mnie…
-
Och, daj już spokój. – Kastiel przerwał moje wywody. Spojrzałam
na niego przerażona, ale on tylko posłał mi jakże
charakterystyczny dla niego cyniczny uśmiech. – Masz racje. Dobrze
wiemy, że nie możesz bez nas żyć.
Prychnęłam,
ale kamień spadł mi z serca. Uderzyłam Kasa lekko w ramię, a on
oddał mi z odrobinę
większą
siłą, sprawiając, że wpadłam na Lysandra.
-
W sumie to nie moglibyśmy się dzisiaj na ciebie gniewać, bo
jeszcze wyrzuciłabyś nas z domu – powiedział białowłosy i
mocno mnie przytulił. Zaśmiałam się, odwzajemniając uścisk.
-
Chodź, Kas. Też możesz się z nami poprzytulać – rzucił
Lysander do przyjaciela z ogromnym uśmiechem.
-
Dzięki, nie skorzystam – odburknął czerwonowłosy.
-
No weź, Kas. Daj przytulasa – powiedziałam, chichocząc i
wyciągając do niego ręce.
-
Nie przepadam za zbytnią bliskością.
-
No dalej, nie bądź taki – wyszczerzyłam się. Chciałam się do
niego przysunąć, ale zaplątałam się w pościel. Złapałam
Kastiela za rękę, żeby się podtrzymać, ale nie poskutkowało.
Oboje runęliśmy na podłogę, stłumiłam jęk bólu, a Lys wybuchł
głośnym śmiechem. Byliśmy w dość krępującej pozycji. Leżałam
na plecach z lekko podciągniętą koszulką. Ręce Kasa wylądowały
po obu stronach mojej głowy, a jego prawa noga znalazła się
pomiędzy moimi kolanami. Kastiel schylił głowę i przejechał
zimnym nosem po moim policzku.
-
Wiesz, może jednak ta bliskość nie jest taka zła – powiedział
wprost do mojego ucha i zaczął się śmiać. Otworzyłam szeroko
oczy ze zdziwienia. Na moment zrobiło mi się bardzo gorąco. Co
się dzieje?
Zaskoczona odepchnęłam go z całych sił, pokazałam język i
szybko wstałam. W duchu modliłam się tylko, by te hałasy nie
obudziły mojego rodzeństwa.
-
Dobra, matołki – zaczęłam, podnosząc prawą rękę i wskazując
drzwi – koniec żartów. Do łazienki po kolei. Raz, dwa! Umyć
się, zrobić siusiu i lulu. Już dawno po wieczorynce, nie wiem
czemu wy jeszcze nie śpicie – dokończyłam, za co oberwałam
poduszką od Lysandra.
-
Wygodniej by było gdybym najpierw zrobił siusiu, a dopiero potem
się umył, no ale…
-
Ręczniki są w szafce po prawej stronie od drzwi – przerwałam mu,
załamana jego tokiem myślenia. – Rób jak chcesz, byle szybko.
-
Zaklepuję miejsce na łóżku! – powiedział na odchodne.Zaśmiałam się pod nosem i weszłam do garderoby w celu znalezienia materaca, po starym jednoosobowym łóżku. Okazało się, że stał oparty o ścianę obok szafy z sukienkami. Próbowałam sama zawlec go do pokoju, ale był zbyt ciężki.
- Kas! – zawołałam, a gdy już się zjawił poprosiłam, by pomógł mi z tym materacem. Skinął głową i bez większego wysiłku zaniósł go do mojego pokoju. Chyba powinnam zacząć chodzić na siłownie. Wyjęłam jeszcze pościel z szafy i ruszyłam za czerwonowłosym.Kastiel położył materac równolegle do końca łóżka, a ja zaczęłam ścielić mu posłanie, bijąc się z własnymi myślami.
W sumie to nie dziwie się Kastielowi, że wtedy w klubie puściły mu nerwy. Może nie powinien od razu przechodzić do rękoczynów… Nie. Mimo, że Jasper jest moim chłopakiem, to należało mu się, za te głupoty, które wygadywał. Próbuje mnie z nimi skłócić. Ale niech sobie nie myśli, że mu na to pozwolę. Mam pełne prawo sama decydować z kim, jak i dlaczego się przyjaźnię. Może mu się to nie podobać, trudno. Musi akceptować moje zdanie. A przede wszystkim szanować je. I mnie. Chyba o tym zapomniał.
Odruchowo
dotknęłam ręki w miejscu, gdzie znajdowały się siniaki zrobione
przez Jaspera. Na plecach z pewnością też mam ich sporo,
bynajmniej nie przez ten upadek z łóżka.
***
-
Yuuks, śpisz? - Usłyszałam szept Lysandra.
- Nie, poluję na słonie – odpowiedziałam również szeptem, trochej ostrzej, niż chciałam. Zaczynało już świtać, a ja byłam naprawdę zmęczona. Mimo wszystko odwróciłam się w twarzą do białowłosego i dodałam: - Co jest?
Nastąpiła chwila ciszy, po czym poczułam, jak Lysander się do mnie przysuwa.
- Kochasz go? - Powiedział to tak cicho, że mimo iż byłam bardzo blisko niego to z ledwością dosłyszałam pytanie.
- Kogo? - spytałam, chociaż w stu procentach wiedziałam o kogo chodzi.
- No wiesz, tego pana Nie-patrz-na-mnie-krzywo-i-rób-co-karzę-bo-ci-wpierdolę. - Nakryłam twarz kołdrą by stłumić śmiech, ale kiedy spojrzałam na Lysa i dostrzegłam jego poważną minę uśmiech zszedł mi z twarzy.
- No wiesz... - zaczęłam. - On potrafi być naprawdę dla mnie miły i troskliwy. A jak jesteśmy sami to jest nawet czuły i delikatny, więc to nie jest tak...
- Kochasz go? - powtórzył pytanie, dając mi tym do zrozumienia, że oczekuje jednoznacznej odpowiedzi.
Nie odpowiedziałam. Leżałam na plecach wgapiając się w sufit, z rękami ułożonymi na brzuchu. Znałam odpowiedź, ale nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Coś mnie blokowało, a ja nie robiłam nic, by tę blokadę ominąć. Zresztą nie musiałam. To była oczywista oczywistość, że Lysander czyta ze mnie jak z otwartej księgi i zna lepiej moje myśli, niż ja sama.
- Poradzimy sobie – powiedział, łapiąc mnie za rękę i splatając nasze palce.
Poczułam supeł w żołądku, gdy uświadomiłam sobie, że powiedział w liczbie mnogiej. Zamiast cokolwiek odpowiedzieć, ścisnęłam tylko lekko jego dłoń w podziękowaniu.
- Nie, poluję na słonie – odpowiedziałam również szeptem, trochej ostrzej, niż chciałam. Zaczynało już świtać, a ja byłam naprawdę zmęczona. Mimo wszystko odwróciłam się w twarzą do białowłosego i dodałam: - Co jest?
Nastąpiła chwila ciszy, po czym poczułam, jak Lysander się do mnie przysuwa.
- Kochasz go? - Powiedział to tak cicho, że mimo iż byłam bardzo blisko niego to z ledwością dosłyszałam pytanie.
- Kogo? - spytałam, chociaż w stu procentach wiedziałam o kogo chodzi.
- No wiesz, tego pana Nie-patrz-na-mnie-krzywo-i-rób-co-karzę-bo-ci-wpierdolę. - Nakryłam twarz kołdrą by stłumić śmiech, ale kiedy spojrzałam na Lysa i dostrzegłam jego poważną minę uśmiech zszedł mi z twarzy.
- No wiesz... - zaczęłam. - On potrafi być naprawdę dla mnie miły i troskliwy. A jak jesteśmy sami to jest nawet czuły i delikatny, więc to nie jest tak...
- Kochasz go? - powtórzył pytanie, dając mi tym do zrozumienia, że oczekuje jednoznacznej odpowiedzi.
Nie odpowiedziałam. Leżałam na plecach wgapiając się w sufit, z rękami ułożonymi na brzuchu. Znałam odpowiedź, ale nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Coś mnie blokowało, a ja nie robiłam nic, by tę blokadę ominąć. Zresztą nie musiałam. To była oczywista oczywistość, że Lysander czyta ze mnie jak z otwartej księgi i zna lepiej moje myśli, niż ja sama.
- Poradzimy sobie – powiedział, łapiąc mnie za rękę i splatając nasze palce.
Poczułam supeł w żołądku, gdy uświadomiłam sobie, że powiedział w liczbie mnogiej. Zamiast cokolwiek odpowiedzieć, ścisnęłam tylko lekko jego dłoń w podziękowaniu.