czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział 7 "Nocka, słonie i te sprawy"

No cześć xD Przybywam ze świeżutkim rozdziałem 7! Tadam :D Z dedykacją dla Agi i reszty dziewczyn, które miały odwagę się ujawnić i napisać komentarz. Dziękuję, mam nadzieję, że rozdział się spodoba ;3
Enjoy!
____________________________________________________________________

     Byli źli. Albo smutni. A może źli i smutni? W każdym bądź razie musiałam coś z tym zrobić. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Bo to była moja wina. Za wszystko odpowiedzialna byłam właśnie ja.
     Gdy przekroczyliśmy próg mieszkania, szybko ściągnęłam buty w korytarzu i poszłam do kuchni. Wygrzebałam w pudełku z lekarstwami śliczny plaster w Kubusia Puchatka i wodę utlenioną. Nakazałam chłopakom iść do mojego pokoju, a sama wstąpiłam jeszcze do łazienki po paczkę chusteczek. Wiedząc, że Tamiko już dawno śpi próbowałam zachowywać się jak najciszej, ale nie obeszło się bez przypadkowego trzaśnięcia drzwiami. Wyzwałam sama siebie w myślach i szybkim krokiem ruszyłam do mojego pokoju, chcąc mieć to wszystko już za sobą.
      Lysander leżał na łóżku, a Kastiel siedział obok niego po turecku. Oboje bawili się komórkami. Głośno westchnęłam. Wdrapałam się do nich i usiadłam naprzeciwko Kasa w tej samej pozycji co on. Drżącymi rękami wyciągnęłam jedną chusteczkę z opakowania i zmoczyłam ją wodą utlenioną. Czerwonowłosy przyglądał się moim poczynaniom, ale o dziwo nie protestował, gdy zaczęłam delikatnie wycierać już zaschniętą krew na jego łuku brwiowym. Przykleiłam plaster na ranę, a kąciki ust same lekko powędrowały ku górze. Widząc poważne miny chłopaków, uśmiech od razu zszedł z mojej twarzy.
      - Słuchajcie… – Przerwałam na chwilę, by zebrać myśli. Wypuściłam głośno powietrze z płuc i tarmosząc opakowanie chusteczek, ponowiłam próbę wypowiedzi: - Ad powiedziała mi co wydarzyło się między wami a Jasperem. Strasznie was za niego przepraszam! No ale w głowie mi się nie mieści, jak możecie wierzyć w głupoty jakie opowiada. Sama potrafię decydować z kim mam się przyjaźnić, a jemu nic do tego, więc przestańcie się dąsać, bo dobrze wiecie, że jesteście dla mnie…
      - Och, daj już spokój. – Kastiel przerwał moje wywody. Spojrzałam na niego przerażona, ale on tylko posłał mi jakże charakterystyczny dla niego cyniczny uśmiech. – Masz racje. Dobrze wiemy, że nie możesz bez nas żyć.
      Prychnęłam, ale kamień spadł mi z serca. Uderzyłam Kasa lekko w ramię, a on oddał mi z odrobinę większą siłą, sprawiając, że wpadłam na Lysandra.
      - W sumie to nie moglibyśmy się dzisiaj na ciebie gniewać, bo jeszcze wyrzuciłabyś nas z domu – powiedział białowłosy i mocno mnie przytulił. Zaśmiałam się, odwzajemniając uścisk.
      - Chodź, Kas. Też możesz się z nami poprzytulać – rzucił Lysander do przyjaciela z ogromnym uśmiechem.
      - Dzięki, nie skorzystam – odburknął czerwonowłosy.
      - No weź, Kas. Daj przytulasa – powiedziałam, chichocząc i wyciągając do niego ręce.
      - Nie przepadam za zbytnią bliskością.
      - No dalej, nie bądź taki – wyszczerzyłam się. Chciałam się do niego przysunąć, ale zaplątałam się w pościel. Złapałam Kastiela za rękę, żeby się podtrzymać, ale nie poskutkowało. Oboje runęliśmy na podłogę, stłumiłam jęk bólu, a Lys wybuchł głośnym śmiechem. Byliśmy w dość krępującej pozycji. Leżałam na plecach z lekko podciągniętą koszulką. Ręce Kasa wylądowały po obu stronach mojej głowy, a jego prawa noga znalazła się pomiędzy moimi kolanami. Kastiel schylił głowę i przejechał zimnym nosem po moim policzku.
      - Wiesz, może jednak ta bliskość nie jest taka zła – powiedział wprost do mojego ucha i zaczął się śmiać. Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia. Na moment zrobiło mi się bardzo gorąco. Co się dzieje? Zaskoczona odepchnęłam go z całych sił, pokazałam język i szybko wstałam. W duchu modliłam się tylko, by te hałasy nie obudziły mojego rodzeństwa.
      - Dobra, matołki – zaczęłam, podnosząc prawą rękę i wskazując drzwi – koniec żartów. Do łazienki po kolei. Raz, dwa! Umyć się, zrobić siusiu i lulu. Już dawno po wieczorynce, nie wiem czemu wy jeszcze nie śpicie – dokończyłam, za co oberwałam poduszką od Lysandra.
      - Wygodniej by było gdybym najpierw zrobił siusiu, a dopiero potem się umył, no ale…
      - Ręczniki są w szafce po prawej stronie od drzwi – przerwałam mu, załamana jego tokiem myślenia. – Rób jak chcesz, byle szybko.
       - Zaklepuję miejsce na łóżku! – powiedział na odchodne.
      
Zaśmiałam się pod nosem i weszłam do garderoby w celu znalezienia materaca, po starym jednoosobowym łóżku. Okazało się, że stał oparty o ścianę obok szafy z sukienkami. Próbowałam sama zawlec go do pokoju, ale był zbyt ciężki.
   
- Kas! – zawołałam, a gdy już się zjawił poprosiłam, by pomógł mi z tym materacem. Skinął głową i bez większego wysiłku zaniósł go do mojego pokoju. Chyba powinnam zacząć chodzić na siłownie. Wyjęłam jeszcze pościel z szafy i ruszyłam za czerwonowłosym.Kastiel położył materac równolegle do końca łóżka, a ja zaczęłam ścielić mu posłanie, bijąc się z własnymi myślami.
     W sumie to nie dziwie się Kastielowi, że wtedy w klubie puściły mu nerwy. Może nie powinien od razu przechodzić do rękoczynów… Nie. Mimo, że Jasper jest moim chłopakiem, to należało mu się, za te głupoty, które wygadywał. Próbuje mnie z nimi skłócić. Ale niech sobie nie myśli, że mu na to pozwolę. Mam pełne prawo sama decydować z kim, jak i dlaczego się przyjaźnię. Może mu się to nie podobać, trudno. Musi akceptować moje zdanie. A przede wszystkim szanować je. I mnie. Chyba o tym zapomniał.

Odruchowo dotknęłam ręki w miejscu, gdzie znajdowały się siniaki zrobione przez Jaspera. Na plecach z pewnością też mam ich sporo, bynajmniej nie przez ten upadek z łóżka.

***
      - Yuuks, śpisz? - Usłyszałam szept Lysandra.
      - Nie, poluję na słonie – odpowiedziałam również szeptem, trochej ostrzej, niż chciałam. Zaczynało już świtać, a ja byłam naprawdę zmęczona. Mimo wszystko odwróciłam się w twarzą do białowłosego i dodałam: - Co jest?
       Nastąpiła chwila ciszy, po czym poczułam, jak Lysander się do mnie przysuwa.
      - Kochasz go? - Powiedział to tak cicho, że mimo iż byłam bardzo blisko niego to z ledwością dosłyszałam pytanie.
      - Kogo? - spytałam, chociaż w stu procentach wiedziałam o kogo chodzi.
      - No wiesz, tego pana Nie-patrz-na-mnie-krzywo-i-rób-co-karzę-bo-ci-wpierdolę. - Nakryłam twarz kołdrą by stłumić śmiech, ale kiedy spojrzałam na Lysa i dostrzegłam jego poważną minę uśmiech zszedł mi z twarzy.
      - No wiesz... - zaczęłam. - On potrafi być naprawdę dla mnie miły i troskliwy. A jak jesteśmy sami to jest nawet czuły i delikatny, więc to nie jest tak...
      - Kochasz go? - powtórzył pytanie, dając mi tym do zrozumienia, że oczekuje jednoznacznej odpowiedzi.
      Nie odpowiedziałam. Leżałam na plecach wgapiając się w sufit, z rękami ułożonymi na brzuchu. Znałam odpowiedź, ale nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Coś mnie blokowało, a ja nie robiłam nic, by tę blokadę ominąć. Zresztą nie musiałam. To była oczywista oczywistość, że Lysander czyta ze mnie jak z otwartej księgi i zna lepiej moje myśli, niż ja sama.
      - Poradzimy sobie – powiedział, łapiąc mnie za rękę i splatając nasze palce.
      Poczułam supeł w żołądku, gdy uświadomiłam sobie, że powiedział w liczbie mnogiej. Zamiast cokolwiek odpowiedzieć, ścisnęłam tylko lekko jego dłoń w podziękowaniu.
 

niedziela, 11 sierpnia 2013

Rozdział 6 "Biodra w ruch, parkiet płonie. Ale czy na pewno?"

Oto i rozdział 6. Zdecydowanie bardziej podoba mi się jego druga część, no ale. To ostatni z tych "poprawianych". Następny będzie już świeży :D Publikację rozdziału 7 przewiduję na koniec sierpnia, no może wcześniej, jeśli tylko mi się uda. Dziękuję wszystkim za czytanie i prosiłabym o komentarze z opinią. Bo nie wiem czy mam pisać dalej, czy nie?
_______________________________________________________


     Ubrana w stare dresowe spodnie z dziurą na prawym kolanie, o wiele za dużą bluzę starszego brata i słodkie czarno-białe kapcie w kształcie główek kotków. Z włosami związanymi w niedbałego koczka, kubkiem tak uwielbianego przeze mnie, jeszcze parującego mleka i jakąś dobrą książką. Tak zapewne wyglądałabym, gdybym w ten piątkowy wieczór została w domu. Jak bardzo się cieszę, że jednak przyszłam na tę imprezę!
      Piękny nieznajomy trzymał mnie za dłoń i razem tanecznym krokiem wkroczyliśmy na parkiet. Z głośników poleciała piosenka „Como Estas”, a całe moje ciało, aż rwało się do tańca. Bez zbędnych słów szatyn złapał mnie w talii i przyciągnął do siebie. Zaskoczona jego śmiałością nie wiedziałam co robić, ale już po chwili otrząsnęłam się i lewą rękę położyłam na jego ramieniu, a prawą złapałam jego dłoń. Zrobiłam zwinnie krok w tył, a już po chwili z niesamowitą, jak mi się wydawało, gracją mknęliśmy po parkiecie. Z każdą sekundą coraz więcej osób brało z nas przykład, więc nie było już takiej swobody jak na początku. Postanowiłam nieco zmienić taktykę. Odsunęłam się na krok od nieznajomego, wczuwając się w piosenkę. Zaczęłam ruszać do rytmu biodrami i przebierać nogami. Szmaragdowooki widząc co robię od razu poszedł w moje ślady. Musiałam przyznać, że naprawdę nieźle tańczył. Posłałam mu szeroki uśmiech i stojąc przy nim blisko, odwróciłam się tyłem. Zmysłowym ruchem ręki przeczesałam swoje długie włosy i zakręciłam tyłkiem, schodząc w dół, niemal zsuwając się po nogach chłopaka. Szybkim ruchem podniosłam się, odwracając do niego przodem. Widząc jego zaskoczone spojrzenie zaśmiałam się. Piosenka się kończyła. Przejechałam palcem po jego ramieniu. Na twarzy chłopaka dostrzegłam oszołomienie, które po chwili zmieniło się w zadowolenie. Zostawiłam chłopaka w tłumie, a sama wróciłam do stolika.
      Usiadłam obok przyjaciółki i chwyciłam szklankę z bursztynową cieczą. Spojrzałam na moich towarzyszy. Kastiel i Lysander patrzyli na mnie, jakbyśmy wszyscy brali udział w jakiejś bardzo niebezpiecznej wojnie, a ja przeszłam na stronę wroga, tym samym zdradzając ich. Natomiast Ad siedziała pełna entuzjazmu i po jej twarzy widziałam, że już nie może się doczekać, aż opowiem jej wszystkie szczegóły.
      - No, i? – zaczęła przyjaciółka.
      - No, i co? – zapytałam, jakbym nie wiedziała o co chodzi.
      - Nie udawaj głupiej – odparła zniecierpliwiona. – Jak ma na imię? Gdzie mieszka? Czym się interesuje? Umówiliście się na randkę?
      Przyłożyłam naczynie do ust i spoglądając na chłopaków upiłam łyk. Rozmawiali zawzięcie, co miało być tylko przykrywką, bo co chwilę ukradkiem zerkali w naszą stronę.
      - Nie wiem – odpowiedziałam w końcu, wyliczając na palcach odpowiedzi na zadane pytania. – Nie wiem, nie wiem i… - zrobiłam krótką przerwę. Spojrzenia chłopaków skierowały się na mnie, tym samym utwierdzając mnie w przekonaniu, że dokładnie wiedzieli o czym rozmawiamy. Zerknęłam na przyjaciółkę, która wlepiała we mnie swoje wielkie oczy, wyczekując odpowiedzi. – Nie. – Wstałam, odkładając szklankę na stół i poprawiając bluzkę.
      - Jak to, nie? – zapytała zdziwiona.
      - Po prostu. Nie wiem po raz który to powtórzę. Mam chłopaka Ad. Koniec tematu – odparłam i chwyciwszy wcześniej torebkę ruszyłam do drzwi ze świecącym na różowo napisem „WC”.

***

      „Musicie bowiem wiedzieć, że dwa są sposoby prowadzenia walki: jeden – prawem, drugi – siłą; pierwszy sposób jest ludzki, drugi zwierzęcy, lecz ponieważ częstokroć pierwszy nie wystarcza, wypada uciekać się do drugiego.” Słowa napisane przez Niccolo Machiavellego dokładnie opisują sytuację, którą zastałam po powrocie z toalety. Na podłodze leżała stłuczona szklanka otoczona lepką cieczą. Jasper przetarł ręką usta, z których leciała krew. Adriana stała przed moim chłopakiem z wściekłością w oczach. Lysander przytrzymywał Kastiela za ramię, ze stoickim spokojem coś mu tłumacząc. Czerwonowłosy miał rozwalony łuk brwiowy, usta zaciśnięte w wąską linijkę, a z jego oczu ciskały błyskawice.
      - Co tu się stało? – spytałam zakładając ręce pod piersiami.
      Kastiel prychnął, wyrwał ramię z uścisku przyjaciela i nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem, udał się w stronę baru. Spojrzałam zaskoczona na Lysandra, ale ten tylko spuścił głowę i usiadł na kanapie. Adriana podeszła do mnie, ze zmarszczonymi brwiami.
      - Właśnie wszyscy widzą, że masz chłopaka – powiedziała mocno akcentując słowa „masz chłopaka”. – Muszę lecieć. Na razie.
      - Ad, zaczekaj. Możesz mi wytłumaczyć, co tu zaszło?
Kiedy przyjaciółka opowiedziała mi wszystko pożegnałam się z nią i czując jak złość we mnie wzbiera podeszłam do Jaspera.
      - Idziemy – powiedziałam stanowczo i nie oglądając się za siebie ruszyłam do wyjścia.
Zadrżałam, czując chłodny powiew wiatru. Z zaciętą miną czekałam, aż blondyn do mnie dojdzie.
      - Co Ty sobie do cholery wyobrażasz?! – ryknęłam na niego, kiedy tylko znalazł się koło mnie.
      - Mówiłem, że możesz pożałować – odparł.
      - To, że jesteś moim chłopakiem, nie upoważnia cię do decydowania o tym, jak mam żyć! – Miałam ochotę przywalić mu w tę słodką buźkę. – Nie masz prawa wybierać mi przyjaciół, a co dopiero krzywdzić którekolwiek z nich! Słyszysz?! Nie masz prawa! – krzyczałam. Miałam gdzieś, czy ktoś może mnie usłyszeć.
     - A ty, masz prawo zachowywać się jak dziwka? – syknął, popychając mnie.
 

Poleciałam wprost na ceglaną ścianę. Poczułam tępy ból w kręgosłupie. Jęknęłam, pochylając się lekko. Jasper zrobił krok w moją stronę i złapał za podbródek, tym samym zmuszając mnie bym spojrzała mu w oczy. Starałam się ze wszystkich sił zapanować nad łzami, które napłynęły mi do oczu. Nie miało znaczenia teraz to, że się bałam. Wypełniała mnie wściekłość.
     - Nie dotykaj mnie – wydukałam przez zaciśnięte zęby.
     Podniosłam się i ze wszystkich sił go odepchnęłam. Nie dało to zamierzonego efektu, bo chłopak cofnął się tylko o krok i zezłościł jeszcze bardziej. Podniósł rękę.
     - No uderz mnie! Pokaż jakim skurwysynem jesteś! – krzyknęłam, a łzy spłynęły mi po policzkach. Zamknęłam oczy czekając na cios, który nie nastąpił.

     - Nie radziłbym. – Opanowany i stanowczy głos sprawił, że zaskoczona uniosłam powieki.

     Mój piękny nieznajomy stał koło Jaspera, trzymając go za rękę. Za nim stało dwóch rosłych chłopaków, którzy pewnie byli gotowi interweniować, w razie gdyby blondyn rzucił się na ich kolegę. Jasper widząc, że nie miałby z nimi najmniejszych szans, splunął na ziemię i odszedł, klnąc pod nosem. Powiedziałam tylko ciche „dziękuję” i wróciłam do pomieszczenia, nawet się za siebie nie oglądając. Od razu skierowałam się do łazienki, by doprowadzić swoją twarz do porządku. Zrobiłam to w ekspresowym tempie i po chwili już szukałam wzrokiem Kastiela i Lysandra. Dostrzegłam ich przy barze, więc nie myśląc długo podeszłam do nich. Położyłam rękę na ramieniu jasnowłosego, a ten odwrócił się w moją stronę.
     - Chcę już wrócić do domu – powiedziałam, starając się by głos mi nie zadrżał.

     Lysander nic nie mówiąc, skinął głową i dopił swojego drinka. Szturchnął Kastiela i wskazał na mnie. Moje hebanowe tęczówki na moment spotkały się z orzechowymi oczami, z których nie mogłam, albo nie umiałam nic odczytać. Odwróciłam szybko wzrok i ruszyłam za Lysem, który podążał już w stronę wyjścia.
    
Droga do mojego domu strasznie mi się dłużyła. Szczególnie, że panowała między nami nieprzyjemna cisza. Ciążyło mi to strasznie i odetchnęłam z ulgą, kiedy tylko stanęliśmy wszyscy troje przed drzwiami mojego mieszkania.  

niedziela, 14 lipca 2013

Rozdział 5 "Jack & Coke + przyjaciółka na wagę złota"

No i mamy kolejny rozdział. Nie jestem z niego zadowolona, no ale cóż. Jeszcze tylko jeden rozdział, który był już publikowany, a potem coś świeżego ^^ Nie przedłużając, przebrnijcie jakoś przez to :D
____________________________________________________________

     Rozsiadłam się wygodnie na skórzanej, czerwonej sofie. Kastiel usiadł po mojej prawej stronie, a Lysander po lewej. W tle leciała jakaś nieznana mi, skoczna piosenka. Było gorąco. Żałowałam w tym momencie, że nie ubrałam jakiejś koszulki na ramiączkach. Ale chcąc, nie chcąc ślad jaki zostawił na moim ramieniu Jasper, uniemożliwiał mi to.
      Białowłosy poszedł do baru, by zamówić dla nas drinki, na rozluźnienie. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i dostrzegłam bardzo dobrze mi znaną, damską sylwetkę. Dziewczyna zmierzała w moją stronę pewnym krokiem i z szerokim uśmiechem. Wstałam energicznie i podbiegłam do niej, rzucając się w ramiona.
      - Ad! – krzyknęłam i przytuliłam ją.
      - Cześć, Kotuś – odpowiedziała, odwzajemniając uścisk.
      Adriana jest szaloną, a zarazem nieśmiałą dziewczyną. Wrażliwą, ale szczerą do bólu. Zawsze mówi to, co myśli i dlatego czasami uważana jest za bezczelną. Ludzie oczekują od siebie szczerości, ale gdy już ją otrzymają i nie jest ona zgodna z ich przypuszczeniami, chowają głowę w piasek, obrażając się. Irytujące.
      Ad jest dla mnie kimś więcej niż przyjaciółką. Jest moją bratnią duszą. Potrafi mnie pocieszyć i wesprzeć jak nikt inny. Zawsze jest przy mnie, gdy tego potrzebuję. Stanowi część mnie, część mojego serca i nikt, ani nic tego nie zmieni. Mimo, że nie jesteśmy spokrewnione, kocham ją jak rodzoną siostrę.
      Poznałyśmy się na rozpoczęciu roku szkolnego w pierwszej klasie liceum, gdyż trafiłyśmy do tej samej klasy. Już wtedy czułyśmy, że zostaniemy najlepszymi przyjaciółkami. Niestety, teraz zostałyśmy rozdzielone, ale nie wywarło to większego wpływu na naszą przyjaźń.
      Adriana jest szatynką o pięknych, dużych brązowych oczach, które otoczone są gęstymi rzęsami. Dosyć długie, falowane włosy spływają kaskadą na ramiona. Ubrana teraz w czerwoną, dopasowaną sukienkę przed kolano, czarny sweterek oraz tego samego koloru szpilki. Jej wygląd sprawia, że większa część płci męskiej nie może oderwać od niej wzroku.
      - Miałaś wrócić dopiero w niedzielę – powiedziałam do niej z lekkim wyrzutem.
      - Wieem. Jak zwykle „kochany” tatuś dostał telefon od szefa i bez zastanowienia kazał pakować nam walizki, oznajmiając że wracamy – skrzyżowała ręce pod piersiami i zacisnęła usta w wąską linijkę.
      - Daj spokój. Przecież wiesz, że taką ma pracę. Ale to nie wyjaśnia, czemu nic mi nie powiedziałaś. Mogłaś wysłać chociaż esa.
      - Chciałam ci zrobić niespodziankę, nie cieszysz się? – spytała, robiąc teatralnie smutną minę.
      - Oczywiście, że się cieszę, głupia – odparłam i ponownie ją przytuliłam. Po chwili wolnym krokiem ruszyłyśmy, by usiąść przy naszym stoliku. – Tak poza tym, to skąd wiedziałaś, że tu będę? – Adriana wskazała głową w stronę baru, skąd szedł białowłosy z szerokim uśmiechem na ustach. I wszystko jasne. Ta wredna małpa wiedziała o wszystkim i nie pisnęła ani słowa.
      - Spiskowaliście za moimi plecami, podłe kreatury. – Adriana posłała mi tylko piękny uśmiech mówiący „Też Cię kocham” i poszła przywitać się z chłopakami.
      Siedzieliśmy tak rozmawiając i śmiejąc się. Po chwili zjawił się obok nas kelner z zamówieniem. Spojrzałam na szklankę, która została przede mną postawiona i na następną, która stała na środku stolika.
      - Przepraszam – odezwałam się do kelnera. – Zamawiałam tylko drinka California Driver, a nie tego tu.. – wskazałam na bursztynowo-brązowy płyn.
      - To Jack & Coke. Nowość, a już cieszy się popularnością. Tamten pan przy barze kazał przekazać, że to na jego koszt.
      - Dobrze, dziękuję – powiedziałam i powiodłam wzrokiem w stronę baru.
      Jasnobrązowe włosy, uroczy uśmiech.. To przecież ten chłopak z tramwaju! Patrzył na mnie. Uniósł swoją szklankę z tym samym płynem, lekko przechylając w moją stronę. Zrobiłam to samo. Wyglądało tak, jakbyśmy stuknęli się szklankami na odległość. Następnie upiliśmy mały łyk naszych drinków i uśmiechnęliśmy się do siebie. Musiałam przyznać, że Jack & Coke było całkiem niezłe.
      - Mhrr, jakie ciacho – usłyszałam głos Ad tuż przy swoim uchu. – Kto to jest? Skąd go znasz? – pytała.
      - Widziałam go dzisiaj w tramwaju. Nie mam zielonego pojęcia kto to jest – odpowiedziałam, wciąż uśmiechając się do nieznajomego.
      - Chyba wpadłaś mu w oko – spojrzałam na nią wzrokiem typu „O.o”. – No co? Bierz się za niego, póki masz szansę. Zobacz na te spojrzenia pełne pożądania, które posyłają w jego stronę inne laski.
      Westchnęłam.
      - Niestety mam chłopaka, zapomniałaś? – powiedziałam i znów spojrzałam w stronę baru, ale brązowowłosego już tam nie było. Rozczarowana rozejrzałam się wkoło i na mojej tworzy pojawił się szeroki uśmiech, gdy znów go dostrzegłam. W dodatku idącego w moją stronę.
      - Dziewczyna nie ściana, Kotuś – zdążyła szepnąć mi na ucho przyjaciółka, zanim nieznajomy do nas podszedł. Szturchnęłam ją łokciem w rękę i usłyszałam cichy śmiech.
      - Mogę prosić? – zapytał, lekko się kłaniając i wystawiając dłoń w moją stronę. Uniosłam głowę i spojrzałam w jego piękne, wesołe szmaragdowe oczy. Już miałam podać mu moją rękę i wstać, gdy Adriana złapała mnie za ramię z drugiej strony i pociągnęła za sobą, krzycząc do chłopaka „Momencik”. Zaciągnęła mnie do damskiej toalety, wpychając tam i w ogóle nie przejmując się ludźmi, którzy dziwnie się na nas patrzyli.
      - Co ty odwalasz? – spytałam, posyłając jej nic nie rozumiejące spojrzenie.
      - Co JA odwalam? – skrzyżowała ręce pod piersiami. - Czy ja zawsze muszę za ciebie myśleć? - Adriana ściągnęła swoje szpilki i podeszła do mnie. – No już, ściągaj te buciory.
      - Ale..
      - Nie ma żadnego „ale”. – powiedziała i pokiwała mi przed nosem wskazującym palcem. Posłusznie zrobiłam o co „poprosiła” przyjaciółka i już po chwili stałam w jej szpilkach, dalej nic nie rozumiejąc. – No nie patrz tak na mnie, jakbym ci brata kiełbasą zamordowała. Każda dziewczyna – spojrzała na mnie. – no prawie każda wie, że w szpilkach tyłek jest seksowniejszy – wyszczerzyła się. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale przerwała mi. – Podziękujesz później – odparła, zakładając moje trampki. Uśmiechnęłam się do niej i razem ruszyłyśmy w stronę chłopaków.
      Widok, który zastałam tak mnie rozbawił, że ledwo co powstrzymałam się, by nie wybuchnąć śmiechem. Piękny nieznajomy siedział wyprostowany na moim wcześniejszym miejscu i rozglądał się wkoło, udając, że nie widzi Kastiela i Lysandra. Natomiast czerwonowłosy piorunował go wzrokiem, co chwilę sącząc swój napój. Lysander poszedł chyba w jego ślady, bo podpierał głowę na dłoniach i ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się brązowowłosemu.
      - Uratuj tego przystojniaka, bo przecież te potwory zabiją go wzrokiem – powiedziała Ad i popchnęła mnie lekko w stronę nieznajomego. Gdy mnie zauważył od razu wstał, a jego twarz ewidentnie się rozpromieniła.

niedziela, 23 czerwca 2013

Rozdział 4 "Panna bujam w obłokach"

 Krótki,bo krótki. Ale jest ;)  ______________________________________________________________________
     Kiedy wyszliśmy już poza teren mojego podwórka, coś mi się przypomniało.
     Chłopaki, poczekajcie chwilę! – krzyknęłam do nich i wróciłam do domu. Wbiegłam do pokoju, chwyciłam małą, czarną torebkę i po chwili stałam już przy chłopakach. – Możemy iść – powiedziałam i szeroko się uśmiechnęłam. 
     Memories znajdował się kilka ulic dalej, więc postanowiliśmy pojechać tramwajem. Usiedliśmy na przystanku i czekaliśmy na transport. Po pięciu minutach przyjechał. Jak na tę godzinę, to było bardzo tłoczno. Wszystkie miejsca siedzące były pozajmowane, więc stanęliśmy przy oknie, trzymając się żółtej, poobdzieranej rury. W powietrzu unosił się odór alkoholu. Rozejrzałam się i dostrzegłam kawałek dalej dwóch starszych panów. Siedzieli koło siebie i co chwilę popijali piwo. Westchnęłam i przytrzymałam się mocniej rury, by nie stracić równowagi. Błądziłam wzrokiem, nie wiedząc co robić. Po chwili w oczy rzuciły mi się białe, męskie adidasy, które zdobił niebieski znaczek Nike. Zaczęłam podążać wzrokiem wyżej. Ciemne jeansy rurki, granatowa koszulka, a na niej niebiesko-żółta koszula w kratę. Z ciekawością spojrzałam wyżej. Pełne usta, wykrzywione teraz w uroczym uśmiechu, zgrabny nos, krótko przystrzyżone jasnobrązowe włosy, w tej chwili potraktowane żelem i duże oczy w kolorze szmaragdu, które właśnie patrzyły w moją stronę… Zaraz. Jak to, w moją stronę? Spojrzałam jeszcze raz na chłopaka i nasze spojrzenia się spotkały. Musiał zauważyć, że mu się przyglądam, bo posłał mi szelmowski uśmiech. Zarumieniłam się lekko, ale odwzajemniłam gest. Patrzyliśmy się tak na siebie przez chwilę, gdy nagle czyjaś dłoń zaczęła mi machać przed oczami.
      - Ej, panno bujam w obłokach. Wysiadka – powiedział Lysander łapiąc mnie za rękę i ciągnąc w stronę wyjścia.
      Po dobrych dziesięciu minutach doszliśmy do klubu. W koło panoszyło się wiele osób, na oko od szesnastu do dwudziestu kilku lat. Kastiel szturchnął Lysandra w ramię i wskazał na mnie głową, białowłosy przytaknął i zbliżył się do mnie.
      - Teraz trzymaj się blisko nas, Yuuks – powiedział i złapał mnie pod ramię.
      - Yuuks? Lys, ty w ogóle pamiętasz jeszcze, jak ja mam na imię? – jęknęłam, a w odpowiedzi chłopak posłał mi szeroki uśmiech, pokazując tym samym szereg białych i równych zębów. – Dlaczego nie wchodzimy? – zapytałam i kurczowo uczepiłam się ramienia białowłosego, gdyż wokół nas niespodziewanie pojawił się tłum przepychających się ludzi.
      - Do Memoriesa wpuszczają grupkami, żeby przypadkiem ktoś bez biletu się nie wkradł – odpowiedział Lys i zaczął się rozglądać.
      - A my mamy bilety? – Nie ma to jak bardzo inteligentne pytanie.
      - Zawsze i wszędzie – odparł i puścił mi oczko. Po chwili podniósł rękę od góry, pokazując gdzie jesteśmy. Podążyłam za jego wzrokiem i dostrzegłam Kastiela, zbliżającego się w naszą stronę. Nawet nie zauważyłam kiedy się od nas oddalił.
      - Chodźmy – powiedział Kas i zaczął przepychać się przez tłum do wejścia, uderzając co niektórych „przypadkowo” łokciem, by zrobili miejsce. Posłusznie razem z Lysem podążyliśmy za czerwonowłosym.      Gdy przekroczyliśmy próg, puściłam ramię białowłosego. Szliśmy korytarzem, który oświetlany był milionem niebieskich, małych żaróweczek umieszczonych w ścianach. Mimo, że było ich tak dużo, wszystko wydawało się, jakby było za mgłą. Kiedy wyszliśmy z korytarza, oślepił mnie blask kolorowych świateł. Rozejrzałam się dookoła oniemiała z zachwytu.
      Naprzeciwko mnie widniała ogromna scena na podwyższeniu, a obok niej, po lewej stronie DJ ze swoim sprzętem. Natomiast po prawej stronie znajdowały się czerwone kanapy ze stolikami. Tuż przy wejściu stał wielki bar, oblężony w tej chwili gromadą przekrzykujących się ludzi. Po drugiej stronie wejścia wiły się kręcony schody. Na środku oczywiście, znajdował się przestronny parkiet do tańczenia, zajęty w połowie przez osoby wyginające się w różnoraki sposób.
      - Zamknij buzię, piegusie. – Kastiel klepnął mnie w ramię i obdarzył złośliwym uśmieszkiem. Pokazałam mu język, udając oburzoną. Zaśmiał się, a po chwili wszyscy troje ruszyliśmy w stronę kanap.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Rozdział 3 "Zły kosmita, prostownica i te włosy jak drut"

- Jestem! – krzyknęłam, przekraczając próg domu i wdychając aromat smażonej cebuli. Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Weszłam do kuchni, podeszłam do stołu i wzięłam białą kartkę, czytając: Poszedłem po Tami. Obiecałem, że zabiorę ją na plac zabaw. Będziemy później, niż zawsze. Obiad jest gotowy, wystarczy, że sobie odgrzejesz. / J. Westchnęłam. Więc jestem sama w domu.
Niewiele myśląc poszłam do swojego pokoju i rzuciłam szkolną torbę pod biurko. Rozebrałam się i owinęłam w ręcznik, po czym udałam się do łazienki. Postanowiłam, że najpierw się wykąpie, a potem zjem, bo jak przyjdą chłopacy to wolałabym nie zostawiać ich samych. Nie wiadomo jakie pomysły mogłyby chodzić im po głowach.
      Zdjęłam z siebie ręcznik i zawiesiłam go na wieszaku. Spojrzałam w lustro i dostrzegłam cztery sine kropki na moim ramieniu. Skrzywiłam się. To pewnie palce Jaspera. Potrząsnęłam głową, by uwolnić myśli od niego, po czym weszłam do kabiny prysznicowej. Odkręciłam kurek z ciepłą wodą i westchnęłam ciężko, relaksując się gorącymi kropelkami, które spływały po moim ciele. Następnie naniosłam na siebie płyn do kąpieli, pozwalając by zapach wanilii rozniósł się po całym pomieszczeniu. Po chwili opłukałam się i wlałam na rękę trochę truskawkowego szamponu. Nałożyłam go na włosy i zaczęłam delikatnie wmasowywać gęstą ciecz. Zamknęłam oczy odprężając wszystkie mięśnie.
      Po skończonej kąpieli, owinęłam się z powrotem ręcznikiem i pomaszerowałam do pokoju. Wytarłam ciało i włosy, a następnie zaczęłam szukać odpowiednich ciuchów. Po długich namysłach założyłam jednolitą szmaragdową koszulkę z rękawami do łokci i jasnoniebieskie jeansy. Przeczesałam włosy szczotką i zostawiłam je rozpuszczone, by wyschły. Idąc do kuchni usłyszałam dzwonek do drzwi. Zerknęłam na zegarek. No tak, osiemnasta, chłopacy już przyszli.
      Otworzyłam drzwi, Lysander przytulił mnie na powitanie, a Kastiel uśmiechnął się złośliwie. Zaprosiłam ich gestem do kuchni.
      - Co miałaś na obiad? – zapytał bez skrupułów białowłosy, buszując po szafkach.
      - Jeszcze nie wiem, dopiero zamierzałam go zjeść – odpowiedziałam. Podeszłam do mikrofali i wyjęłam kotlety. – Macie ochotę? – spytałam, spoglądając na nich.
      - Jeszcze pytasz – odparł Lys z szerokim uśmiechem i zaczął wyciągać z szafki talerze. Przesiaduje u mnie tyle czasu, że czuje się tu już jak w domu. – Gdzie Jun i Tami?
      - Poszli na plac zabaw, niedługo powinni wrócić – powiedziałam, wkładając pierwszą porcję do mikrofali. Oczywiście tą największą dla Lysandra. Kiedy już się ugrzało, włożyłam następną porcję, a potem kolejną. Siedzieliśmy przy stole zajadając się. Lys pochłaniał swoje jedzenie w błyskawicznym tempie, opowiadając jakieś głupoty, za co od czasu do czasu obrywał uderzeniem w ramię od Kastiela.
      W momencie, w którym zjedliśmy, drzwi wejściowe się otworzyły. Po chwili do kuchni wbiegła Tami, a tuż za nią wszedł Jun. Dziewczynka przytuliła się do mnie, a potem nic nie mówiąc przybiła z białowłosym słynnego żółwika. Jun pocałował mnie w policzek i poczochrał włosy, po czym uścisnął rękę obu chłopaków. Tamiko stanęła przy mnie obserwując czerwonowłosego, który podobnie jak Lysander wstał od stołu.
      - Kim jesteś? – spytała, dotykając palcem wskazującym nogi Kastiela.
      - To zły kosmita, który kradnie dzieciom cukierki – odezwał się Lysander.
      - Nie wszyscy są tacy jak Ty – powiedziała Tami, posyłając białowłosemu niezadowolone spojrzenie. Parsknęliśmy śmiechem. Czerwonowłosy kucnął, opierając ręce na swoich kolanach.
      - Jestem Kastiel – powiedział spokojnym tonem i uśmiechnął się do niej. Nie jakoś złośliwie, czy arogancko. To był miły i szczery uśmiech, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Oczarował ją chyba, bo odwzajemniła uśmiech, lekko speszona i pobiegła do salonu. Kastiel podniósł się i spojrzał na mnie pytająco. Wyszczerzyłam się do niego i skierowałam do mojego pokoju. Oczywiście chłopacy ruszyli od razu za mną.
      Lysander bez zastanowienia rzucił się na łóżko, a Kastiel usiadł na parapecie, rozglądając się po pomieszczeniu. Wciągnęłam prostownicę z szuflady i podłączyłam ją do prądu. Odwróciłam się w stronę białowłosego, który posłał mi spojrzenie pełne zdziwienia.
      - Z tego co wiem, prostownicą się prostuje włosy – powiedział marszcząc brwi.
      - Serio? – sarknęłam.
      - Przecież Ty masz te włosy proste jak drut.
      - Brawo, punkt za spostrzegawczość – powiedziałam do niego i uniosłam kciuki do góry. Lysander przyglądał się mi, jakbym była chora psychicznie. Zaśmiałam się, a następnie wzięłam kosmyk włosów i zwinnym ruchem prostownicy zakręciłam go od połowy w dół. Białowłosy otworzył szerzej oczy i podszedł, nadal przyglądając się moim poczynaniom. Zrobiłam to samo z drugim kosmykiem i kolejnym.
      - Mogę spróbować? – spytał się.
      - Nie, spalisz mi włosy – jęknęłam.
      - Proszę, będę uważał – zrobił minę szczeniaczka i nie potrafiłam mu odmówić. Wręczyłam Lysowi prostownicę i nagle usłyszałam jakąś piosnkę. Obejrzałam się za siebie i okazało się, że to Kastiel włączył muzykę na Lavim*. Posłałam mu gniewne spojrzenie, za to że rusza moje rzeczy bez pytania, ale on tylko wzruszył ramionami. Westchnęłam zrezygnowana i wytłumaczyłam jeszcze raz Lysandrowi jak zrobić loki. O dziwo, szło mu całkiem sprawnie i po trzydziestu minutach miałam już kręcone włosy.
      - Już? Koniec? – spytał ze smutkiem. Skinęłam twierdząco, a potem wskazałam głową na czerwonowłosego. – Kas, Kastiel, Kastieluś… - zaczął Lys, teatralnie zamykając i otwierając szczypce prostownicy.
      - Wybij to sobie z głowy, Lysuś – warknął, a na jego twarzy pojawił się grymas.
      - No proszę, zrobię Cię na bóstwo – powiedział białowłosy, posyłając Kastielowi błagające spojrzenie.
      - Już całkiem Cię pojebało – odpowiedział Kas, kładąc się na moim łóżku. Zaśmiałam się i zabrałam Lysandrowi urządzenie, po czym zaniosłam je do szafy. Wracając, wzięłam z półki kosmetyczkę i stanęłam przed wąskim, wysokim lustrem, które znajdowało się na ścianie, zaraz obok drzwi.
Nałożyłam na twarz trochę fluidu matującego, zrobiłam kreski eyelinerem i wytuszowałam rzęsy, a następnie nałożyłam trochę pudru na policzki.
      - Po co się tak stroisz? – usłyszałam zniecierpliwiony głos Kastiela.
      - Jak to, po co? – zdziwiłam się. – Przecież w Memoriesie będą pewnie jakieś ciacha – odpowiedziałam, posyłając mu szeroki uśmiech. Prychnął.
      - Nie zapędzaj się tak, kochaniutka. To, że idziesz z nami do czegoś cię zobowiązuje – powiedział Lys, lustrując mnie wzrokiem.
      - Tak, tak. Oczywiście – poklepałam go po plecach i stanęłam w drzwiach. – To co, idziemy?
      - Wreszcie – westchnął białowłosy, łapiąc mnie z rękę i ciągnąc na korytarz. Kastiel szedł za nami, powłócząc nogami. Włożyłam trampki i wychodząc z domu, krzyknęłam do Jun’a, że wrócę późno i żeby nie czekał na mnie z kolacją.

*Lavi - laptop Arivle, jakby ktoś nie pamiętał ;)

sobota, 1 czerwca 2013

Rozdział 2 "Miłość bywa bolesna"



 Tak wiem, miał być wcześniej, ale coś nie pyknęło. :D W każdym bądź razie jest dzisiaj, taki mały prezent na Dzień Dziecka, o ile można to wgl tak nazwać :D No cóż, miłego czytania. :) __________________________________________________________________
Do szkoły dotarłam dziesięć minut po dzwonku. Mocno zdyszana udałam się w stronę łazienki. W końcu i tak już jestem spóźniona, więc pięć minut w tą, czy w tą nie zrobi różnicy. Spojrzałam w wielkie lustro, które ciągnęło się niemal przez całą długość ściany. Wyglądałam okropnie. Włosy stały mi na wszystkie strony świata, a policzki były prawie buraczanego koloru, z powodu nadmiernego wysiłku. Wyciągnęłam szczotkę z torby i doprowadziłam swoje włosy do porządku. Następnie przemyłam twarz zimną wodą, by trochę ochłonąć. Poprawiłam makijaż i udałam się w kierunku sali biologicznej. Zapukałam w białe, poobdzierane drzwi i po usłyszeniu „proszę”, weszłam do klasy.
            - Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie – powiedziałam, a trzydzieści ciekawskich spojrzeń skierowało się na mnie. Nauczycielka skinęła tylko głową i wznowiła prowadzenie lekcji. Rozejrzałam się po klasie i dostrzegłam wolne miejsce koło blondwłosego chłopaka. Skierowałam się w jego stronę i zajęłam miejsce. John – bo tak miał na imię blondyn – uśmiechnął się do mnie, a potem powrócił do słuchania nauczycielki. Spojrzałam na ławkę obok i napotkałam rozbawione spojrzenia dwóch chłopaków, Kastiela i Lysandra.
Na początku drugiego roku liceum dowiedziałam się, że moją klasę rozwiązują. Za dużo uczniów nie zdało, co znaczyło tym samym, że będzie za mało osób, by utworzyć klasę. Tak trafiłam do 2a, gdzie oto napotkałam te dwa wcielone zła.
            Kastiel jest bardzo wysokim chłopakiem. Przy moich stu siedemdziesięciu trzech centymetrach, sięgam mu zaledwie do ramion. Ma włosy zafarbowane na czerwono, które sięgają jego brody i bardzo często zasłaniają orzechowe oczy. Jeśli ma zły humor, lepiej nie wchodzić mu w drogę…
Natomiast Lysander jest nieco niższy od Kastiela, choć i tak wyższy ode mnie. Pij mleko, będziesz wielki! Jego włosy są srebrno-białe, a oczy dwukolorowe. Jedno złociste, a drugie w kolorze szmaragdu. Magia soczewek.
            Pokazałam im język i odwróciłam głowę w stronę okna. Rozpoczynała się wiosna – moja ulubiona pora roku. Nie za gorąco, nie za zimno. Można rzec, że idealnie. Tak właśnie było dzisiaj. Słońce ogrzewało swoimi promykami i wiał lekki, przyjemny wiatr. Żyć, nie umierać. Z rozmyślań wyrwał mnie donośny dźwięk, który rozniósł się po całej szkole, sygnalizując koniec lekcji. Leniwie schowałam rzeczy do torby i wyszłam na korytarz, kierując się w stronę szafek.
            - Siemasz, piegusie – usłyszałam głos za sobą. Odwróciłam się i ujrzałam czerwonowłosego wraz z białowłosym.
            - Ile razy mam Ci powtarzać, żebyś tak mnie nie nazywał? – jęknęłam. To prawda, moja twarz była lekko oprószona piegami, a od słońca stawały się bardziej wyraźne, ale nie było ich nazbyt dużo. Na pewno nie tyle, bym dostała miano piegusa. Ale oczywiście Kastiel nic sobie z tego nie robił. Nagle poczułam jak ktoś uwiesza się na moim ramieniu.
            - Pamiętasz, że idziesz dzisiaj z nami do Memories?
            - Tak, Lys. Jak mogłabym zapomnieć, skoro od tygodnia przypominasz mi o tym co godzinę.
            - Sama chciałaś z nami iść – powiedział oburzony białowłosy.
            - I zaczynam tego żałować – odparłam i zrzuciłam go ze swojego ramienia. Spojrzał na mnie z wyrzutem. – Ciężki jesteś. – Wzruszyłam ramionami.
            - Wpadniemy do Ciebie o osiemnastej – powiedział Kastiel i razem z Lysandrem udali się w stronę szkolnego dziedzińca.
            - Ale przecież do Memoriesa jest na dwudziestą! – krzyknęłam za nimi, a w odpowiedzi usłyszałam tylko krótkie „No i?”. Zrobiłam słynnego „facepalma”  i ruszyłam w stronę klasy, gdzie miałam mieć następną lekcję. Dziwiło mnie, dlaczego chcą przyjść tak wcześnie. Lysander wpadał do mnie z każdej możliwej okazji, lub też bez niej i opróżniał bez skrępowania mój zapas słodyczy, albo kłócił się z Tamiko, na którym programie w telewizji lecą lepsze bajki. Ale Kastiel to co innego. Jeszcze nigdy nie był u mnie w domu. Zapowiada się ciekawa wizyta.
            Kiedy zatrzymałam się przed salą i podziwiałam jakże ciekawe gazetki historyczne, poczułam że ktoś obejmuje mnie w pasie i całuje w policzek.
            - Cześć, kochanie – usłyszałam dobrze znajomy głos i ze zrezygnowaniem odwróciłam się, tym samym wyplątując z objęć.
            - Cześć – burknęłam. Chłopak złapał mnie za ramię i przyciągnął bliżej siebie.
            - Widziałem Cię znowu z tymi wyrzutkami – szepnął mi na ucho, a w jego piwnych oczach ujrzałam niebezpieczny błysk.
            - Chodzą ze mną do klasy – odpowiedziałam wymijająco.
            - Ten białowłosy chłoptaś, coś bardzo często u ciebie przesiaduje – rzekł i mocniej zacisnął palce na moim ramieniu.
            - Przyjaźnimy się, to normalne – odparłam i poczułam mocny ból w prawej ręce. – Jas, puść mnie – powiedziałam najspokojniej jak potrafiłam, ale chłopak tylko wzmocnił ucisk. – Jasper, to boli!
            - Uważaj, bo możesz tego gorzko pożałować – syknął i puścił moją rękę. Od razu złapałam się za bolące miejsce, obdarzając piwnookiego ukośnym spojrzeniem. Jasper, jak gdyby sytuacja przed chwilą w ogóle się nie wydarzyła, pocałował mnie w policzek i odchodząc rzucił do mnie słodkie „Pa, kicia”.
            Po kilku minutach zadzwonił dzwonek i zjawił się nauczyciel. Historia minęła mi bardzo szybko, tak jak reszta lekcji. Nim się spostrzegłam wychodziłam już ze szkoły kończąc lekcje i rozpoczynając upragniony weekend. Lys pożegnał się ze mną słowami „Do zobaczenia” i szerokim uśmiechem, a ja po około trzydziestu minutach dotarłam do domu.

niedziela, 12 maja 2013

Rozdział 1 "Mam tylko piętnaście minut!"



- Ari! No wstańże w końcu! - poczułam, jak ktoś mną potrząsa.
Nie chciałam wstawać. O dziwo, moje łóżko właśnie w tym momencie, stało się najwygodniejsze na świecie. Wręcz słyszałam, jak krzyczało: Arivle, zostań ze mną! O tak, z wielką chęcią.
- Jeszcze pięć minut - jęknęłam sennie.
- Twoje pięć minut, minęło piętnaście minut temu. Arivle Yuuki Takishima! W tej chwili wstaniesz, albo...
- Spadaj - warknęłam, przerywając mu i naciągnęłam kołdrę na głowę.
Usłyszałam oddalające się kroki. Mmm... słodkie zwycięstwo. Zadowolona, odkryłam się do połowy i wtuliłam głowę w poduszkę. Niewiele trzeba było, bym znów oddała się w objęcia Morfeusza. Tym razem nie śniłam. To dziwne. Przez ostatni rok, gdy tylko zasypiałam, przed oczami pojawiały mi się różne obrazy, które później łączyły się w jedną całość. Bezsensowną zresztą, choć czasami nawet bardzo przyjemną, albo co gorsza – przerażającą.
Nagle poczułam, jak ktoś gwałtownie ściągnął ze mnie moją ukochaną tarczę, która co noc broni mnie przed potworami z pod łóżka. Bieda dla kogoś, kto to zrobił – pomyślałam. Zdążyłam tylko otworzyć oczy. Lodowata woda pokryła mnie od stóp do głow. Wrzasnęłam, zrywając się na równe nogi. Mimo, że na zewnątrz drżałam cała z zimna, w środku aż się we mnie gotowało. Rozejrzałam się wściekle po pokoju. 
Stał, oparty nonszalancko o framugę drzwi i trzymał w jednej ręce wiaderko. Brunet, wysoki, jakieś metr osiemdziesiąt pięć, o błękitnych oczach i pełnych ustach, które teraz wykrzywione miał w łobuzerskim uśmiechu.
- Jun! – krzyknęłam, kierując się w jego stronę. - Masz dziesięć sekund, na opuszczenie mojego pokoju. Jeden, dwa... dziesięć!
Usłyszałam głośny śmiech brata i odgłosy, znaczące o tym, że zbiegł po schodach. Miał dwadzieścia trzy lata, a często zachowywał się jak nadpobudliwy dzieciak. Czasami, chociaż ciężko się do tego przyznać, jego głupota udzielała się również mnie, tak jak teraz.
Ruszyłam biegiem za nim, zostawiając tym samym za sobą mokre ślady. Przeskakiwałam po kilka schodków na raz, by tylko jak najszybciej dogonić Jun'a. Wbiegając do jego pokoju, walnęłam łokciem w drzwi. Syknęłam z bólu i czułam, jak ogarnia mnie dzika furia. Zabiję, normalnie zabiję… Nabrałam ogromną ilość powietrza w płuca, by choć trochę się uspokoić. Nie poskutkowało. Zacisnęłam pięści, błądząc wzrokiem po pomieszczeniu, w celu znalezienia mej ofiary.
Podobno ściany w zielonych barwach odprężają nasz umysł. Jesteśmy w stanie się wtedy zrelaksować i uspokoić. Czyżby? Dałabym sobie rękę uciąć, że w tym momencie, kolor tych ścian jeszcze bardziej mnie drażnił.
Rozejrzałam się ponownie po pokoju. Po prawej stronie stało biurko, całe zasypane jakimiś opakowaniami po jogurtach, talerzami, kubkami, przeróżnymi kartkami i tak dalej. Natomiast krzesło obok robiło za prowizoryczną szafę. Nie chciałam wiedzieć, czy stos ubrań na nim będący, to właśnie te „kilka” ciuszków, które miałam mu wyprać.
Po lewej stronie, ustawiony był komplet mebli, składający się z dużej szafy, komody z szufladami i szafki, na której stał sporej wielkości telewizor. Obok urządzenia, leżało również Playstation 3 i kilka porozrzucanych padów. Ciemne panele, wręcz błagały, by przetrzeć je mopem.  
Ogromne dwuosobowe łóżko stało na wprost drzwi, umieszone idealnie po środku dwóch okien. Jun opierał się o parapet, szczerząc się od ucha do ucha.
- Jesteś najokropniejszą, najohydniejszą i najbardziej wkurzającą kreaturą, jaka tylko może istnieć na tym świecie – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, z każdym słowem robiąc krok w jego stronę. Kiedy znalazłam się już przy nim, szybkim ruchem popchałam go w stronę łóżka i rzuciłam się na niego, z nadzieją wydrapania oczu. Jun był starszy i silniejszy, ale ja nadrabiałam zwinnością. Wierciliśmy się po łóżku, przepychając i bijąc. W końcu udało mi się przewrócić go na plecy, więc usiadłam na nim okrakiem, tak by nie mógł ruszać rękami. Zaśmiał się głośno, gdy przyłożyłam mu rękę do gardła, lekko podduszając.
- A teraz błagaj o przebaczenie, plebsie – powiedziałam z dumą w głosie.
- O, moja najjaśniejsza księżniczko – zaczął teatralnie. – Złaź ze mnie, jeśli nie chcesz uszkodzić sobie swoich czterech liter.
Parsknęłam śmiechem, kładąc się obok niego. Wiedziałam, że jeśli by chciał, bez wielkiego wysiłku mógłby mnie zrzucić. Nagle usłyszeliśmy cichutkie tupanie, a potem łóżko leciutko się ugięło.
- Mój brzuszek chce jeść – powiedziała Tami, robiąc do nas maślane oczka.
Tamiko to nasza pięcioletnia siostra. Ma brązowe włosy, które sięgają jej do łopatek. Często na wszystko i wszystkich patrzy szeroko otwartymi oczkami, które są w kolorze jadeitu.
- A na co masz ochotę? – spytał brunet.
- Na kanapkę z dżemem – odpowiedziała, słodko się uśmiechając.
- Już się robi, słoneczko. – Jun zmierzwił jej włosy i poszedł do kuchni, a tuż za nim pobiegła Tamiko.
Spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie. Siódma piętnaście. Rozmyślałam nad tym przez chwilę i dopiero do mnie dotarło. Piętnaście po siódmej, a o ósmej zaczyna się moja pierwsza lekcja! Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, po czym w ręczniku udałam się do pokoju. Pomieszczenie, zaraz po salonie, było największe w tym domu. Ściany były w kolorze pudrowego różu, a wszystkie meble białe. Na wprost drzwi było okno, z jakże przeze mnie uwielbianym niskim parapetem, ozdobionym mnóstwem małych poduszek. Na prawej ścianie znajdowały się ogromne drzwi prowadzące do pokoju, robiącego mi za garderobę, a tuż obok nich szafy z półkami, na których znajdowały się najróżniejsze książki. Naprzeciwko tych drzwi znajdowało się dwuosobowe łóżko, a zaraz obok niego po lewej stronie szafka nocna, z szufladami. Po prawej stronie łóżka było biurko, na którym leżał Lavi. Tak, tak – mój laptop.
Weszłam do garderoby w celu poszukania jakichś ubrań. Jak zwykle nie wiedziałam w co mam na siebie włożyć. Po namyśle założyłam czarne rurki i błękitną koszulkę na krótki rękaw z jakimś nadrukiem. Następnie rozczesałam i wysuszyłam swoje hebanowe włosy, które sięgały mi za tyłek. Oczy również miałam czarne, z tym że w odpowiednim świetle mieniły się kolorem fiołkowym. Po zrobieniu delikatnego makijażu, chwyciłam telefon i torbę z książkami, udając się do kuchni. Przy stole siedziała sama Tami.
- Gdzie Jun? – zapytałam.
- Poszedł się ubrać – odpowiedziała, popijając mleko. – To dla ciebie. – wskazała palcem na pieniądze na stole. Schowałam je do kieszeni i powiedziałam:
- Okej, lecę. – Ucałowałam ją w czoło, po czym na korytarzu założyłam szafirowe converse. Spojrzałam na zegarek: siódma czterdzieści pięć. Mam tylko piętnaście minut! Wyszłam z domu i biegiem ruszyłam w stronę szkoły.
 ______________________________
Oto rozdział 1. Jeżeli są jakieś błędy, bardzo prosiłabym o ich wskazanie i oczywiście wyrażenie swojej opinii ;) Rozdział 2 pojawi się niebawem - prawdopodobnie w piątek :D