-
Ari! No wstańże w końcu! - poczułam, jak ktoś mną potrząsa.
Nie
chciałam wstawać. O dziwo, moje łóżko właśnie w tym momencie, stało się
najwygodniejsze na świecie. Wręcz słyszałam, jak krzyczało: Arivle, zostań ze
mną! O tak, z wielką chęcią.
-
Jeszcze pięć minut - jęknęłam sennie.
-
Twoje pięć minut, minęło piętnaście minut temu. Arivle Yuuki Takishima! W tej
chwili wstaniesz, albo...
-
Spadaj - warknęłam, przerywając mu i naciągnęłam kołdrę na głowę.
Usłyszałam
oddalające się kroki. Mmm... słodkie
zwycięstwo. Zadowolona, odkryłam się do połowy i wtuliłam głowę w poduszkę.
Niewiele trzeba było, bym znów oddała się w objęcia Morfeusza. Tym razem nie
śniłam. To dziwne. Przez ostatni rok, gdy tylko zasypiałam, przed oczami
pojawiały mi się różne obrazy, które później łączyły się w jedną całość.
Bezsensowną zresztą, choć czasami nawet bardzo przyjemną, albo co gorsza –
przerażającą.
Nagle
poczułam, jak ktoś gwałtownie ściągnął ze mnie moją ukochaną tarczę, która co
noc broni mnie przed potworami z pod łóżka. Bieda dla kogoś, kto to zrobił
– pomyślałam. Zdążyłam tylko otworzyć oczy. Lodowata woda pokryła mnie od stóp
do głow. Wrzasnęłam, zrywając się na równe nogi. Mimo, że na zewnątrz drżałam
cała z zimna, w środku aż się we mnie gotowało. Rozejrzałam się wściekle po
pokoju.
Stał,
oparty nonszalancko o framugę drzwi i trzymał w jednej ręce wiaderko. Brunet,
wysoki, jakieś metr osiemdziesiąt pięć, o błękitnych oczach i pełnych ustach,
które teraz wykrzywione miał w łobuzerskim uśmiechu.
-
Jun! – krzyknęłam, kierując się w jego stronę. - Masz dziesięć sekund, na
opuszczenie mojego pokoju. Jeden, dwa... dziesięć!
Usłyszałam
głośny śmiech brata i odgłosy, znaczące o tym, że zbiegł po schodach. Miał
dwadzieścia trzy lata, a często zachowywał się jak nadpobudliwy dzieciak.
Czasami, chociaż ciężko się do tego przyznać, jego głupota udzielała się
również mnie, tak jak teraz.
Ruszyłam biegiem za nim, zostawiając tym samym za sobą mokre ślady. Przeskakiwałam po kilka schodków na raz, by tylko jak najszybciej dogonić Jun'a. Wbiegając do jego pokoju, walnęłam łokciem w drzwi. Syknęłam z bólu i czułam, jak ogarnia mnie dzika furia. Zabiję, normalnie zabiję… Nabrałam ogromną ilość powietrza w płuca, by choć trochę się uspokoić. Nie poskutkowało. Zacisnęłam pięści, błądząc wzrokiem po pomieszczeniu, w celu znalezienia mej ofiary.
Ruszyłam biegiem za nim, zostawiając tym samym za sobą mokre ślady. Przeskakiwałam po kilka schodków na raz, by tylko jak najszybciej dogonić Jun'a. Wbiegając do jego pokoju, walnęłam łokciem w drzwi. Syknęłam z bólu i czułam, jak ogarnia mnie dzika furia. Zabiję, normalnie zabiję… Nabrałam ogromną ilość powietrza w płuca, by choć trochę się uspokoić. Nie poskutkowało. Zacisnęłam pięści, błądząc wzrokiem po pomieszczeniu, w celu znalezienia mej ofiary.
Podobno
ściany w zielonych barwach odprężają nasz umysł. Jesteśmy w stanie się wtedy
zrelaksować i uspokoić. Czyżby? Dałabym sobie rękę uciąć, że w tym momencie,
kolor tych ścian jeszcze bardziej mnie drażnił.
Rozejrzałam
się ponownie po pokoju. Po prawej stronie stało biurko, całe zasypane jakimiś
opakowaniami po jogurtach, talerzami, kubkami, przeróżnymi kartkami i tak
dalej. Natomiast krzesło obok robiło za prowizoryczną szafę. Nie chciałam
wiedzieć, czy stos ubrań na nim będący, to właśnie te „kilka” ciuszków, które
miałam mu wyprać.
Po
lewej stronie, ustawiony był komplet mebli, składający się z dużej szafy,
komody z szufladami i szafki, na której stał sporej wielkości telewizor. Obok
urządzenia, leżało również Playstation 3 i kilka porozrzucanych padów. Ciemne
panele, wręcz błagały, by przetrzeć je mopem.
Ogromne
dwuosobowe łóżko stało na wprost drzwi, umieszone idealnie po środku dwóch
okien. Jun opierał się o parapet, szczerząc się od ucha do ucha.
-
Jesteś najokropniejszą, najohydniejszą i najbardziej wkurzającą kreaturą, jaka
tylko może istnieć na tym świecie – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, z każdym
słowem robiąc krok w jego stronę. Kiedy znalazłam się już przy nim, szybkim
ruchem popchałam go w stronę łóżka i rzuciłam się na niego, z nadzieją
wydrapania oczu. Jun był starszy i silniejszy, ale ja nadrabiałam zwinnością.
Wierciliśmy się po łóżku, przepychając i bijąc. W końcu udało mi się przewrócić
go na plecy, więc usiadłam na nim okrakiem, tak by nie mógł ruszać rękami.
Zaśmiał się głośno, gdy przyłożyłam mu rękę do gardła, lekko podduszając.
-
A teraz błagaj o przebaczenie, plebsie – powiedziałam z dumą w głosie.
-
O, moja najjaśniejsza księżniczko – zaczął teatralnie. – Złaź ze mnie, jeśli
nie chcesz uszkodzić sobie swoich czterech liter.
Parsknęłam
śmiechem, kładąc się obok niego. Wiedziałam, że jeśli by chciał, bez wielkiego
wysiłku mógłby mnie zrzucić. Nagle usłyszeliśmy cichutkie tupanie, a potem
łóżko leciutko się ugięło.
-
Mój brzuszek chce jeść – powiedziała Tami, robiąc do nas maślane oczka.
Tamiko
to nasza pięcioletnia siostra. Ma brązowe włosy, które sięgają jej do łopatek.
Często na wszystko i wszystkich patrzy szeroko otwartymi oczkami, które są w
kolorze jadeitu.
-
A na co masz ochotę? – spytał brunet.
-
Na kanapkę z dżemem – odpowiedziała, słodko się uśmiechając.
-
Już się robi, słoneczko. – Jun zmierzwił jej włosy i poszedł do kuchni, a tuż
za nim pobiegła Tamiko.
Spojrzałam
na zegarek wiszący na ścianie. Siódma piętnaście. Rozmyślałam nad tym przez
chwilę i dopiero do mnie dotarło. Piętnaście po siódmej, a o ósmej zaczyna się
moja pierwsza lekcja! Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do łazienki.
Wzięłam szybki prysznic, po czym w ręczniku udałam się do pokoju.
Pomieszczenie, zaraz po salonie, było największe w tym domu. Ściany były w
kolorze pudrowego różu, a wszystkie meble białe. Na wprost drzwi było okno, z
jakże przeze mnie uwielbianym niskim parapetem, ozdobionym mnóstwem małych
poduszek. Na prawej ścianie znajdowały się ogromne drzwi prowadzące do pokoju,
robiącego mi za garderobę, a tuż obok nich szafy z półkami, na których
znajdowały się najróżniejsze książki. Naprzeciwko tych drzwi znajdowało się
dwuosobowe łóżko, a zaraz obok niego po lewej stronie szafka nocna, z
szufladami. Po prawej stronie łóżka było biurko, na którym leżał Lavi. Tak, tak
– mój laptop.
Weszłam
do garderoby w celu poszukania jakichś ubrań. Jak zwykle nie wiedziałam w co mam
na siebie włożyć. Po namyśle założyłam czarne rurki i błękitną koszulkę na
krótki rękaw z jakimś nadrukiem. Następnie rozczesałam i wysuszyłam swoje
hebanowe włosy, które sięgały mi za tyłek. Oczy również miałam czarne, z tym że
w odpowiednim świetle mieniły się kolorem fiołkowym. Po zrobieniu delikatnego
makijażu, chwyciłam telefon i torbę z książkami, udając się do kuchni. Przy
stole siedziała sama Tami.
-
Gdzie Jun? – zapytałam.
-
Poszedł się ubrać – odpowiedziała, popijając mleko. – To dla ciebie. – wskazała
palcem na pieniądze na stole. Schowałam je do kieszeni i powiedziałam:
-
Okej, lecę. – Ucałowałam ją w czoło, po czym na korytarzu założyłam szafirowe
converse. Spojrzałam na zegarek: siódma czterdzieści pięć. Mam tylko piętnaście minut! Wyszłam z domu i biegiem ruszyłam w
stronę szkoły.
______________________________
Oto rozdział 1. Jeżeli są jakieś błędy, bardzo prosiłabym o ich wskazanie i oczywiście wyrażenie swojej opinii ;) Rozdział 2 pojawi się niebawem - prawdopodobnie w piątek :D
No no ciekawie się zaczyna ;)
OdpowiedzUsuń