niedziela, 12 maja 2013

Rozdział 1 "Mam tylko piętnaście minut!"



- Ari! No wstańże w końcu! - poczułam, jak ktoś mną potrząsa.
Nie chciałam wstawać. O dziwo, moje łóżko właśnie w tym momencie, stało się najwygodniejsze na świecie. Wręcz słyszałam, jak krzyczało: Arivle, zostań ze mną! O tak, z wielką chęcią.
- Jeszcze pięć minut - jęknęłam sennie.
- Twoje pięć minut, minęło piętnaście minut temu. Arivle Yuuki Takishima! W tej chwili wstaniesz, albo...
- Spadaj - warknęłam, przerywając mu i naciągnęłam kołdrę na głowę.
Usłyszałam oddalające się kroki. Mmm... słodkie zwycięstwo. Zadowolona, odkryłam się do połowy i wtuliłam głowę w poduszkę. Niewiele trzeba było, bym znów oddała się w objęcia Morfeusza. Tym razem nie śniłam. To dziwne. Przez ostatni rok, gdy tylko zasypiałam, przed oczami pojawiały mi się różne obrazy, które później łączyły się w jedną całość. Bezsensowną zresztą, choć czasami nawet bardzo przyjemną, albo co gorsza – przerażającą.
Nagle poczułam, jak ktoś gwałtownie ściągnął ze mnie moją ukochaną tarczę, która co noc broni mnie przed potworami z pod łóżka. Bieda dla kogoś, kto to zrobił – pomyślałam. Zdążyłam tylko otworzyć oczy. Lodowata woda pokryła mnie od stóp do głow. Wrzasnęłam, zrywając się na równe nogi. Mimo, że na zewnątrz drżałam cała z zimna, w środku aż się we mnie gotowało. Rozejrzałam się wściekle po pokoju. 
Stał, oparty nonszalancko o framugę drzwi i trzymał w jednej ręce wiaderko. Brunet, wysoki, jakieś metr osiemdziesiąt pięć, o błękitnych oczach i pełnych ustach, które teraz wykrzywione miał w łobuzerskim uśmiechu.
- Jun! – krzyknęłam, kierując się w jego stronę. - Masz dziesięć sekund, na opuszczenie mojego pokoju. Jeden, dwa... dziesięć!
Usłyszałam głośny śmiech brata i odgłosy, znaczące o tym, że zbiegł po schodach. Miał dwadzieścia trzy lata, a często zachowywał się jak nadpobudliwy dzieciak. Czasami, chociaż ciężko się do tego przyznać, jego głupota udzielała się również mnie, tak jak teraz.
Ruszyłam biegiem za nim, zostawiając tym samym za sobą mokre ślady. Przeskakiwałam po kilka schodków na raz, by tylko jak najszybciej dogonić Jun'a. Wbiegając do jego pokoju, walnęłam łokciem w drzwi. Syknęłam z bólu i czułam, jak ogarnia mnie dzika furia. Zabiję, normalnie zabiję… Nabrałam ogromną ilość powietrza w płuca, by choć trochę się uspokoić. Nie poskutkowało. Zacisnęłam pięści, błądząc wzrokiem po pomieszczeniu, w celu znalezienia mej ofiary.
Podobno ściany w zielonych barwach odprężają nasz umysł. Jesteśmy w stanie się wtedy zrelaksować i uspokoić. Czyżby? Dałabym sobie rękę uciąć, że w tym momencie, kolor tych ścian jeszcze bardziej mnie drażnił.
Rozejrzałam się ponownie po pokoju. Po prawej stronie stało biurko, całe zasypane jakimiś opakowaniami po jogurtach, talerzami, kubkami, przeróżnymi kartkami i tak dalej. Natomiast krzesło obok robiło za prowizoryczną szafę. Nie chciałam wiedzieć, czy stos ubrań na nim będący, to właśnie te „kilka” ciuszków, które miałam mu wyprać.
Po lewej stronie, ustawiony był komplet mebli, składający się z dużej szafy, komody z szufladami i szafki, na której stał sporej wielkości telewizor. Obok urządzenia, leżało również Playstation 3 i kilka porozrzucanych padów. Ciemne panele, wręcz błagały, by przetrzeć je mopem.  
Ogromne dwuosobowe łóżko stało na wprost drzwi, umieszone idealnie po środku dwóch okien. Jun opierał się o parapet, szczerząc się od ucha do ucha.
- Jesteś najokropniejszą, najohydniejszą i najbardziej wkurzającą kreaturą, jaka tylko może istnieć na tym świecie – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, z każdym słowem robiąc krok w jego stronę. Kiedy znalazłam się już przy nim, szybkim ruchem popchałam go w stronę łóżka i rzuciłam się na niego, z nadzieją wydrapania oczu. Jun był starszy i silniejszy, ale ja nadrabiałam zwinnością. Wierciliśmy się po łóżku, przepychając i bijąc. W końcu udało mi się przewrócić go na plecy, więc usiadłam na nim okrakiem, tak by nie mógł ruszać rękami. Zaśmiał się głośno, gdy przyłożyłam mu rękę do gardła, lekko podduszając.
- A teraz błagaj o przebaczenie, plebsie – powiedziałam z dumą w głosie.
- O, moja najjaśniejsza księżniczko – zaczął teatralnie. – Złaź ze mnie, jeśli nie chcesz uszkodzić sobie swoich czterech liter.
Parsknęłam śmiechem, kładąc się obok niego. Wiedziałam, że jeśli by chciał, bez wielkiego wysiłku mógłby mnie zrzucić. Nagle usłyszeliśmy cichutkie tupanie, a potem łóżko leciutko się ugięło.
- Mój brzuszek chce jeść – powiedziała Tami, robiąc do nas maślane oczka.
Tamiko to nasza pięcioletnia siostra. Ma brązowe włosy, które sięgają jej do łopatek. Często na wszystko i wszystkich patrzy szeroko otwartymi oczkami, które są w kolorze jadeitu.
- A na co masz ochotę? – spytał brunet.
- Na kanapkę z dżemem – odpowiedziała, słodko się uśmiechając.
- Już się robi, słoneczko. – Jun zmierzwił jej włosy i poszedł do kuchni, a tuż za nim pobiegła Tamiko.
Spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie. Siódma piętnaście. Rozmyślałam nad tym przez chwilę i dopiero do mnie dotarło. Piętnaście po siódmej, a o ósmej zaczyna się moja pierwsza lekcja! Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, po czym w ręczniku udałam się do pokoju. Pomieszczenie, zaraz po salonie, było największe w tym domu. Ściany były w kolorze pudrowego różu, a wszystkie meble białe. Na wprost drzwi było okno, z jakże przeze mnie uwielbianym niskim parapetem, ozdobionym mnóstwem małych poduszek. Na prawej ścianie znajdowały się ogromne drzwi prowadzące do pokoju, robiącego mi za garderobę, a tuż obok nich szafy z półkami, na których znajdowały się najróżniejsze książki. Naprzeciwko tych drzwi znajdowało się dwuosobowe łóżko, a zaraz obok niego po lewej stronie szafka nocna, z szufladami. Po prawej stronie łóżka było biurko, na którym leżał Lavi. Tak, tak – mój laptop.
Weszłam do garderoby w celu poszukania jakichś ubrań. Jak zwykle nie wiedziałam w co mam na siebie włożyć. Po namyśle założyłam czarne rurki i błękitną koszulkę na krótki rękaw z jakimś nadrukiem. Następnie rozczesałam i wysuszyłam swoje hebanowe włosy, które sięgały mi za tyłek. Oczy również miałam czarne, z tym że w odpowiednim świetle mieniły się kolorem fiołkowym. Po zrobieniu delikatnego makijażu, chwyciłam telefon i torbę z książkami, udając się do kuchni. Przy stole siedziała sama Tami.
- Gdzie Jun? – zapytałam.
- Poszedł się ubrać – odpowiedziała, popijając mleko. – To dla ciebie. – wskazała palcem na pieniądze na stole. Schowałam je do kieszeni i powiedziałam:
- Okej, lecę. – Ucałowałam ją w czoło, po czym na korytarzu założyłam szafirowe converse. Spojrzałam na zegarek: siódma czterdzieści pięć. Mam tylko piętnaście minut! Wyszłam z domu i biegiem ruszyłam w stronę szkoły.
 ______________________________
Oto rozdział 1. Jeżeli są jakieś błędy, bardzo prosiłabym o ich wskazanie i oczywiście wyrażenie swojej opinii ;) Rozdział 2 pojawi się niebawem - prawdopodobnie w piątek :D

1 komentarz: