czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział 7 "Nocka, słonie i te sprawy"

No cześć xD Przybywam ze świeżutkim rozdziałem 7! Tadam :D Z dedykacją dla Agi i reszty dziewczyn, które miały odwagę się ujawnić i napisać komentarz. Dziękuję, mam nadzieję, że rozdział się spodoba ;3
Enjoy!
____________________________________________________________________

     Byli źli. Albo smutni. A może źli i smutni? W każdym bądź razie musiałam coś z tym zrobić. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Bo to była moja wina. Za wszystko odpowiedzialna byłam właśnie ja.
     Gdy przekroczyliśmy próg mieszkania, szybko ściągnęłam buty w korytarzu i poszłam do kuchni. Wygrzebałam w pudełku z lekarstwami śliczny plaster w Kubusia Puchatka i wodę utlenioną. Nakazałam chłopakom iść do mojego pokoju, a sama wstąpiłam jeszcze do łazienki po paczkę chusteczek. Wiedząc, że Tamiko już dawno śpi próbowałam zachowywać się jak najciszej, ale nie obeszło się bez przypadkowego trzaśnięcia drzwiami. Wyzwałam sama siebie w myślach i szybkim krokiem ruszyłam do mojego pokoju, chcąc mieć to wszystko już za sobą.
      Lysander leżał na łóżku, a Kastiel siedział obok niego po turecku. Oboje bawili się komórkami. Głośno westchnęłam. Wdrapałam się do nich i usiadłam naprzeciwko Kasa w tej samej pozycji co on. Drżącymi rękami wyciągnęłam jedną chusteczkę z opakowania i zmoczyłam ją wodą utlenioną. Czerwonowłosy przyglądał się moim poczynaniom, ale o dziwo nie protestował, gdy zaczęłam delikatnie wycierać już zaschniętą krew na jego łuku brwiowym. Przykleiłam plaster na ranę, a kąciki ust same lekko powędrowały ku górze. Widząc poważne miny chłopaków, uśmiech od razu zszedł z mojej twarzy.
      - Słuchajcie… – Przerwałam na chwilę, by zebrać myśli. Wypuściłam głośno powietrze z płuc i tarmosząc opakowanie chusteczek, ponowiłam próbę wypowiedzi: - Ad powiedziała mi co wydarzyło się między wami a Jasperem. Strasznie was za niego przepraszam! No ale w głowie mi się nie mieści, jak możecie wierzyć w głupoty jakie opowiada. Sama potrafię decydować z kim mam się przyjaźnić, a jemu nic do tego, więc przestańcie się dąsać, bo dobrze wiecie, że jesteście dla mnie…
      - Och, daj już spokój. – Kastiel przerwał moje wywody. Spojrzałam na niego przerażona, ale on tylko posłał mi jakże charakterystyczny dla niego cyniczny uśmiech. – Masz racje. Dobrze wiemy, że nie możesz bez nas żyć.
      Prychnęłam, ale kamień spadł mi z serca. Uderzyłam Kasa lekko w ramię, a on oddał mi z odrobinę większą siłą, sprawiając, że wpadłam na Lysandra.
      - W sumie to nie moglibyśmy się dzisiaj na ciebie gniewać, bo jeszcze wyrzuciłabyś nas z domu – powiedział białowłosy i mocno mnie przytulił. Zaśmiałam się, odwzajemniając uścisk.
      - Chodź, Kas. Też możesz się z nami poprzytulać – rzucił Lysander do przyjaciela z ogromnym uśmiechem.
      - Dzięki, nie skorzystam – odburknął czerwonowłosy.
      - No weź, Kas. Daj przytulasa – powiedziałam, chichocząc i wyciągając do niego ręce.
      - Nie przepadam za zbytnią bliskością.
      - No dalej, nie bądź taki – wyszczerzyłam się. Chciałam się do niego przysunąć, ale zaplątałam się w pościel. Złapałam Kastiela za rękę, żeby się podtrzymać, ale nie poskutkowało. Oboje runęliśmy na podłogę, stłumiłam jęk bólu, a Lys wybuchł głośnym śmiechem. Byliśmy w dość krępującej pozycji. Leżałam na plecach z lekko podciągniętą koszulką. Ręce Kasa wylądowały po obu stronach mojej głowy, a jego prawa noga znalazła się pomiędzy moimi kolanami. Kastiel schylił głowę i przejechał zimnym nosem po moim policzku.
      - Wiesz, może jednak ta bliskość nie jest taka zła – powiedział wprost do mojego ucha i zaczął się śmiać. Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia. Na moment zrobiło mi się bardzo gorąco. Co się dzieje? Zaskoczona odepchnęłam go z całych sił, pokazałam język i szybko wstałam. W duchu modliłam się tylko, by te hałasy nie obudziły mojego rodzeństwa.
      - Dobra, matołki – zaczęłam, podnosząc prawą rękę i wskazując drzwi – koniec żartów. Do łazienki po kolei. Raz, dwa! Umyć się, zrobić siusiu i lulu. Już dawno po wieczorynce, nie wiem czemu wy jeszcze nie śpicie – dokończyłam, za co oberwałam poduszką od Lysandra.
      - Wygodniej by było gdybym najpierw zrobił siusiu, a dopiero potem się umył, no ale…
      - Ręczniki są w szafce po prawej stronie od drzwi – przerwałam mu, załamana jego tokiem myślenia. – Rób jak chcesz, byle szybko.
       - Zaklepuję miejsce na łóżku! – powiedział na odchodne.
      
Zaśmiałam się pod nosem i weszłam do garderoby w celu znalezienia materaca, po starym jednoosobowym łóżku. Okazało się, że stał oparty o ścianę obok szafy z sukienkami. Próbowałam sama zawlec go do pokoju, ale był zbyt ciężki.
   
- Kas! – zawołałam, a gdy już się zjawił poprosiłam, by pomógł mi z tym materacem. Skinął głową i bez większego wysiłku zaniósł go do mojego pokoju. Chyba powinnam zacząć chodzić na siłownie. Wyjęłam jeszcze pościel z szafy i ruszyłam za czerwonowłosym.Kastiel położył materac równolegle do końca łóżka, a ja zaczęłam ścielić mu posłanie, bijąc się z własnymi myślami.
     W sumie to nie dziwie się Kastielowi, że wtedy w klubie puściły mu nerwy. Może nie powinien od razu przechodzić do rękoczynów… Nie. Mimo, że Jasper jest moim chłopakiem, to należało mu się, za te głupoty, które wygadywał. Próbuje mnie z nimi skłócić. Ale niech sobie nie myśli, że mu na to pozwolę. Mam pełne prawo sama decydować z kim, jak i dlaczego się przyjaźnię. Może mu się to nie podobać, trudno. Musi akceptować moje zdanie. A przede wszystkim szanować je. I mnie. Chyba o tym zapomniał.

Odruchowo dotknęłam ręki w miejscu, gdzie znajdowały się siniaki zrobione przez Jaspera. Na plecach z pewnością też mam ich sporo, bynajmniej nie przez ten upadek z łóżka.

***
      - Yuuks, śpisz? - Usłyszałam szept Lysandra.
      - Nie, poluję na słonie – odpowiedziałam również szeptem, trochej ostrzej, niż chciałam. Zaczynało już świtać, a ja byłam naprawdę zmęczona. Mimo wszystko odwróciłam się w twarzą do białowłosego i dodałam: - Co jest?
       Nastąpiła chwila ciszy, po czym poczułam, jak Lysander się do mnie przysuwa.
      - Kochasz go? - Powiedział to tak cicho, że mimo iż byłam bardzo blisko niego to z ledwością dosłyszałam pytanie.
      - Kogo? - spytałam, chociaż w stu procentach wiedziałam o kogo chodzi.
      - No wiesz, tego pana Nie-patrz-na-mnie-krzywo-i-rób-co-karzę-bo-ci-wpierdolę. - Nakryłam twarz kołdrą by stłumić śmiech, ale kiedy spojrzałam na Lysa i dostrzegłam jego poważną minę uśmiech zszedł mi z twarzy.
      - No wiesz... - zaczęłam. - On potrafi być naprawdę dla mnie miły i troskliwy. A jak jesteśmy sami to jest nawet czuły i delikatny, więc to nie jest tak...
      - Kochasz go? - powtórzył pytanie, dając mi tym do zrozumienia, że oczekuje jednoznacznej odpowiedzi.
      Nie odpowiedziałam. Leżałam na plecach wgapiając się w sufit, z rękami ułożonymi na brzuchu. Znałam odpowiedź, ale nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Coś mnie blokowało, a ja nie robiłam nic, by tę blokadę ominąć. Zresztą nie musiałam. To była oczywista oczywistość, że Lysander czyta ze mnie jak z otwartej księgi i zna lepiej moje myśli, niż ja sama.
      - Poradzimy sobie – powiedział, łapiąc mnie za rękę i splatając nasze palce.
      Poczułam supeł w żołądku, gdy uświadomiłam sobie, że powiedział w liczbie mnogiej. Zamiast cokolwiek odpowiedzieć, ścisnęłam tylko lekko jego dłoń w podziękowaniu.
 

niedziela, 11 sierpnia 2013

Rozdział 6 "Biodra w ruch, parkiet płonie. Ale czy na pewno?"

Oto i rozdział 6. Zdecydowanie bardziej podoba mi się jego druga część, no ale. To ostatni z tych "poprawianych". Następny będzie już świeży :D Publikację rozdziału 7 przewiduję na koniec sierpnia, no może wcześniej, jeśli tylko mi się uda. Dziękuję wszystkim za czytanie i prosiłabym o komentarze z opinią. Bo nie wiem czy mam pisać dalej, czy nie?
_______________________________________________________


     Ubrana w stare dresowe spodnie z dziurą na prawym kolanie, o wiele za dużą bluzę starszego brata i słodkie czarno-białe kapcie w kształcie główek kotków. Z włosami związanymi w niedbałego koczka, kubkiem tak uwielbianego przeze mnie, jeszcze parującego mleka i jakąś dobrą książką. Tak zapewne wyglądałabym, gdybym w ten piątkowy wieczór została w domu. Jak bardzo się cieszę, że jednak przyszłam na tę imprezę!
      Piękny nieznajomy trzymał mnie za dłoń i razem tanecznym krokiem wkroczyliśmy na parkiet. Z głośników poleciała piosenka „Como Estas”, a całe moje ciało, aż rwało się do tańca. Bez zbędnych słów szatyn złapał mnie w talii i przyciągnął do siebie. Zaskoczona jego śmiałością nie wiedziałam co robić, ale już po chwili otrząsnęłam się i lewą rękę położyłam na jego ramieniu, a prawą złapałam jego dłoń. Zrobiłam zwinnie krok w tył, a już po chwili z niesamowitą, jak mi się wydawało, gracją mknęliśmy po parkiecie. Z każdą sekundą coraz więcej osób brało z nas przykład, więc nie było już takiej swobody jak na początku. Postanowiłam nieco zmienić taktykę. Odsunęłam się na krok od nieznajomego, wczuwając się w piosenkę. Zaczęłam ruszać do rytmu biodrami i przebierać nogami. Szmaragdowooki widząc co robię od razu poszedł w moje ślady. Musiałam przyznać, że naprawdę nieźle tańczył. Posłałam mu szeroki uśmiech i stojąc przy nim blisko, odwróciłam się tyłem. Zmysłowym ruchem ręki przeczesałam swoje długie włosy i zakręciłam tyłkiem, schodząc w dół, niemal zsuwając się po nogach chłopaka. Szybkim ruchem podniosłam się, odwracając do niego przodem. Widząc jego zaskoczone spojrzenie zaśmiałam się. Piosenka się kończyła. Przejechałam palcem po jego ramieniu. Na twarzy chłopaka dostrzegłam oszołomienie, które po chwili zmieniło się w zadowolenie. Zostawiłam chłopaka w tłumie, a sama wróciłam do stolika.
      Usiadłam obok przyjaciółki i chwyciłam szklankę z bursztynową cieczą. Spojrzałam na moich towarzyszy. Kastiel i Lysander patrzyli na mnie, jakbyśmy wszyscy brali udział w jakiejś bardzo niebezpiecznej wojnie, a ja przeszłam na stronę wroga, tym samym zdradzając ich. Natomiast Ad siedziała pełna entuzjazmu i po jej twarzy widziałam, że już nie może się doczekać, aż opowiem jej wszystkie szczegóły.
      - No, i? – zaczęła przyjaciółka.
      - No, i co? – zapytałam, jakbym nie wiedziała o co chodzi.
      - Nie udawaj głupiej – odparła zniecierpliwiona. – Jak ma na imię? Gdzie mieszka? Czym się interesuje? Umówiliście się na randkę?
      Przyłożyłam naczynie do ust i spoglądając na chłopaków upiłam łyk. Rozmawiali zawzięcie, co miało być tylko przykrywką, bo co chwilę ukradkiem zerkali w naszą stronę.
      - Nie wiem – odpowiedziałam w końcu, wyliczając na palcach odpowiedzi na zadane pytania. – Nie wiem, nie wiem i… - zrobiłam krótką przerwę. Spojrzenia chłopaków skierowały się na mnie, tym samym utwierdzając mnie w przekonaniu, że dokładnie wiedzieli o czym rozmawiamy. Zerknęłam na przyjaciółkę, która wlepiała we mnie swoje wielkie oczy, wyczekując odpowiedzi. – Nie. – Wstałam, odkładając szklankę na stół i poprawiając bluzkę.
      - Jak to, nie? – zapytała zdziwiona.
      - Po prostu. Nie wiem po raz który to powtórzę. Mam chłopaka Ad. Koniec tematu – odparłam i chwyciwszy wcześniej torebkę ruszyłam do drzwi ze świecącym na różowo napisem „WC”.

***

      „Musicie bowiem wiedzieć, że dwa są sposoby prowadzenia walki: jeden – prawem, drugi – siłą; pierwszy sposób jest ludzki, drugi zwierzęcy, lecz ponieważ częstokroć pierwszy nie wystarcza, wypada uciekać się do drugiego.” Słowa napisane przez Niccolo Machiavellego dokładnie opisują sytuację, którą zastałam po powrocie z toalety. Na podłodze leżała stłuczona szklanka otoczona lepką cieczą. Jasper przetarł ręką usta, z których leciała krew. Adriana stała przed moim chłopakiem z wściekłością w oczach. Lysander przytrzymywał Kastiela za ramię, ze stoickim spokojem coś mu tłumacząc. Czerwonowłosy miał rozwalony łuk brwiowy, usta zaciśnięte w wąską linijkę, a z jego oczu ciskały błyskawice.
      - Co tu się stało? – spytałam zakładając ręce pod piersiami.
      Kastiel prychnął, wyrwał ramię z uścisku przyjaciela i nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem, udał się w stronę baru. Spojrzałam zaskoczona na Lysandra, ale ten tylko spuścił głowę i usiadł na kanapie. Adriana podeszła do mnie, ze zmarszczonymi brwiami.
      - Właśnie wszyscy widzą, że masz chłopaka – powiedziała mocno akcentując słowa „masz chłopaka”. – Muszę lecieć. Na razie.
      - Ad, zaczekaj. Możesz mi wytłumaczyć, co tu zaszło?
Kiedy przyjaciółka opowiedziała mi wszystko pożegnałam się z nią i czując jak złość we mnie wzbiera podeszłam do Jaspera.
      - Idziemy – powiedziałam stanowczo i nie oglądając się za siebie ruszyłam do wyjścia.
Zadrżałam, czując chłodny powiew wiatru. Z zaciętą miną czekałam, aż blondyn do mnie dojdzie.
      - Co Ty sobie do cholery wyobrażasz?! – ryknęłam na niego, kiedy tylko znalazł się koło mnie.
      - Mówiłem, że możesz pożałować – odparł.
      - To, że jesteś moim chłopakiem, nie upoważnia cię do decydowania o tym, jak mam żyć! – Miałam ochotę przywalić mu w tę słodką buźkę. – Nie masz prawa wybierać mi przyjaciół, a co dopiero krzywdzić którekolwiek z nich! Słyszysz?! Nie masz prawa! – krzyczałam. Miałam gdzieś, czy ktoś może mnie usłyszeć.
     - A ty, masz prawo zachowywać się jak dziwka? – syknął, popychając mnie.
 

Poleciałam wprost na ceglaną ścianę. Poczułam tępy ból w kręgosłupie. Jęknęłam, pochylając się lekko. Jasper zrobił krok w moją stronę i złapał za podbródek, tym samym zmuszając mnie bym spojrzała mu w oczy. Starałam się ze wszystkich sił zapanować nad łzami, które napłynęły mi do oczu. Nie miało znaczenia teraz to, że się bałam. Wypełniała mnie wściekłość.
     - Nie dotykaj mnie – wydukałam przez zaciśnięte zęby.
     Podniosłam się i ze wszystkich sił go odepchnęłam. Nie dało to zamierzonego efektu, bo chłopak cofnął się tylko o krok i zezłościł jeszcze bardziej. Podniósł rękę.
     - No uderz mnie! Pokaż jakim skurwysynem jesteś! – krzyknęłam, a łzy spłynęły mi po policzkach. Zamknęłam oczy czekając na cios, który nie nastąpił.

     - Nie radziłbym. – Opanowany i stanowczy głos sprawił, że zaskoczona uniosłam powieki.

     Mój piękny nieznajomy stał koło Jaspera, trzymając go za rękę. Za nim stało dwóch rosłych chłopaków, którzy pewnie byli gotowi interweniować, w razie gdyby blondyn rzucił się na ich kolegę. Jasper widząc, że nie miałby z nimi najmniejszych szans, splunął na ziemię i odszedł, klnąc pod nosem. Powiedziałam tylko ciche „dziękuję” i wróciłam do pomieszczenia, nawet się za siebie nie oglądając. Od razu skierowałam się do łazienki, by doprowadzić swoją twarz do porządku. Zrobiłam to w ekspresowym tempie i po chwili już szukałam wzrokiem Kastiela i Lysandra. Dostrzegłam ich przy barze, więc nie myśląc długo podeszłam do nich. Położyłam rękę na ramieniu jasnowłosego, a ten odwrócił się w moją stronę.
     - Chcę już wrócić do domu – powiedziałam, starając się by głos mi nie zadrżał.

     Lysander nic nie mówiąc, skinął głową i dopił swojego drinka. Szturchnął Kastiela i wskazał na mnie. Moje hebanowe tęczówki na moment spotkały się z orzechowymi oczami, z których nie mogłam, albo nie umiałam nic odczytać. Odwróciłam szybko wzrok i ruszyłam za Lysem, który podążał już w stronę wyjścia.
    
Droga do mojego domu strasznie mi się dłużyła. Szczególnie, że panowała między nami nieprzyjemna cisza. Ciążyło mi to strasznie i odetchnęłam z ulgą, kiedy tylko stanęliśmy wszyscy troje przed drzwiami mojego mieszkania.