Tak wiem, miał być wcześniej, ale coś nie pyknęło. :D W każdym bądź
razie jest dzisiaj, taki mały prezent na Dzień Dziecka, o ile można to
wgl tak nazwać :D No cóż, miłego czytania. :) __________________________________________________________________
Do szkoły
dotarłam dziesięć minut po dzwonku. Mocno zdyszana udałam się w stronę
łazienki. W końcu i tak już jestem spóźniona, więc pięć minut w tą, czy w tą
nie zrobi różnicy. Spojrzałam w wielkie lustro, które ciągnęło się niemal przez
całą długość ściany. Wyglądałam okropnie. Włosy stały mi na wszystkie strony
świata, a policzki były prawie buraczanego koloru, z powodu nadmiernego
wysiłku. Wyciągnęłam szczotkę z torby i doprowadziłam swoje włosy do porządku.
Następnie przemyłam twarz zimną wodą, by trochę ochłonąć. Poprawiłam makijaż i
udałam się w kierunku sali biologicznej. Zapukałam w białe, poobdzierane drzwi
i po usłyszeniu „proszę”, weszłam do klasy.
- Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie – powiedziałam, a
trzydzieści ciekawskich spojrzeń skierowało się na mnie. Nauczycielka skinęła
tylko głową i wznowiła prowadzenie lekcji. Rozejrzałam się po klasie i
dostrzegłam wolne miejsce koło blondwłosego chłopaka. Skierowałam się w jego
stronę i zajęłam miejsce. John – bo tak miał na imię blondyn – uśmiechnął się
do mnie, a potem powrócił do słuchania nauczycielki. Spojrzałam na ławkę
obok i napotkałam rozbawione spojrzenia dwóch chłopaków, Kastiela i Lysandra.
Na początku
drugiego roku liceum dowiedziałam się, że moją klasę rozwiązują. Za dużo
uczniów nie zdało, co znaczyło tym samym, że będzie za mało osób, by utworzyć
klasę. Tak trafiłam do 2a, gdzie oto napotkałam te dwa wcielone zła.
Kastiel jest bardzo wysokim chłopakiem.
Przy moich stu siedemdziesięciu trzech centymetrach, sięgam mu zaledwie do
ramion. Ma włosy zafarbowane na czerwono, które sięgają jego brody i bardzo
często zasłaniają orzechowe oczy. Jeśli ma zły humor, lepiej nie wchodzić mu w
drogę…
Natomiast
Lysander jest nieco niższy od Kastiela, choć i tak wyższy ode mnie. Pij mleko, będziesz wielki! Jego włosy
są srebrno-białe, a oczy dwukolorowe. Jedno złociste, a drugie w kolorze
szmaragdu. Magia soczewek.
Pokazałam im język i odwróciłam głowę w
stronę okna. Rozpoczynała się wiosna – moja ulubiona pora roku. Nie za gorąco,
nie za zimno. Można rzec, że idealnie. Tak właśnie było dzisiaj. Słońce
ogrzewało swoimi promykami i wiał lekki, przyjemny wiatr. Żyć, nie umierać. Z
rozmyślań wyrwał mnie donośny dźwięk, który rozniósł się po całej szkole,
sygnalizując koniec lekcji. Leniwie schowałam rzeczy do torby i wyszłam na
korytarz, kierując się w stronę szafek.
- Siemasz, piegusie – usłyszałam głos
za sobą. Odwróciłam się i ujrzałam czerwonowłosego wraz z białowłosym.
- Ile razy mam Ci powtarzać, żebyś tak
mnie nie nazywał? – jęknęłam. To prawda, moja twarz była lekko oprószona
piegami, a od słońca stawały się bardziej wyraźne, ale nie było ich nazbyt
dużo. Na pewno nie tyle, bym dostała miano piegusa. Ale oczywiście Kastiel nic
sobie z tego nie robił. Nagle poczułam jak ktoś uwiesza się na moim ramieniu.
- Pamiętasz, że idziesz dzisiaj z nami
do Memories?
- Tak, Lys. Jak mogłabym zapomnieć,
skoro od tygodnia przypominasz mi o tym co godzinę.
- Sama chciałaś z nami iść – powiedział
oburzony białowłosy.
- I zaczynam tego żałować – odparłam i
zrzuciłam go ze swojego ramienia. Spojrzał na mnie z wyrzutem. – Ciężki jesteś.
– Wzruszyłam ramionami.
- Wpadniemy do Ciebie o osiemnastej –
powiedział Kastiel i razem z Lysandrem udali się w stronę szkolnego dziedzińca.
- Ale przecież do Memoriesa jest na
dwudziestą! – krzyknęłam za nimi, a w odpowiedzi usłyszałam tylko krótkie „No
i?”. Zrobiłam słynnego „facepalma” i ruszyłam w stronę klasy, gdzie
miałam mieć następną lekcję. Dziwiło mnie, dlaczego chcą przyjść tak wcześnie.
Lysander wpadał do mnie z każdej możliwej okazji, lub też bez niej i opróżniał bez
skrępowania mój zapas słodyczy, albo kłócił się z Tamiko, na którym programie w
telewizji lecą lepsze bajki. Ale Kastiel to co innego. Jeszcze nigdy nie był u
mnie w domu. Zapowiada się ciekawa wizyta.
Kiedy zatrzymałam się przed salą i
podziwiałam jakże ciekawe gazetki historyczne, poczułam że ktoś obejmuje mnie w
pasie i całuje w policzek.
- Cześć, kochanie – usłyszałam dobrze
znajomy głos i ze zrezygnowaniem odwróciłam się, tym samym wyplątując z objęć.
- Cześć – burknęłam. Chłopak złapał
mnie za ramię i przyciągnął bliżej siebie.
- Widziałem Cię znowu z tymi wyrzutkami
– szepnął mi na ucho, a w jego piwnych oczach ujrzałam niebezpieczny błysk.
- Chodzą ze mną do klasy – odpowiedziałam wymijająco.
- Ten białowłosy chłoptaś, coś bardzo często u ciebie
przesiaduje – rzekł i mocniej zacisnął palce na moim ramieniu.
- Przyjaźnimy się, to normalne –
odparłam i poczułam mocny ból w prawej ręce. – Jas, puść mnie – powiedziałam
najspokojniej jak potrafiłam, ale chłopak tylko wzmocnił ucisk. – Jasper, to
boli!
- Uważaj, bo możesz tego gorzko pożałować – syknął i
puścił moją rękę. Od razu złapałam się za bolące miejsce, obdarzając
piwnookiego ukośnym spojrzeniem. Jasper, jak gdyby sytuacja przed chwilą w
ogóle się nie wydarzyła, pocałował mnie w policzek i odchodząc rzucił do mnie
słodkie „Pa, kicia”.
Po kilku minutach zadzwonił dzwonek i
zjawił się nauczyciel. Historia minęła mi bardzo szybko, tak jak reszta lekcji.
Nim się spostrzegłam wychodziłam już ze szkoły kończąc lekcje i rozpoczynając
upragniony weekend. Lys pożegnał się ze mną słowami „Do zobaczenia” i szerokim
uśmiechem, a ja po około trzydziestu minutach dotarłam do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz